Skip to content Skip to footer

A jeśli nie szampan, to co?

Snob to człowiek, który pomylił swoje prywatne opinie z obowiązkiem wygłaszania ich publicznie. Ma on misję edukacyjną, by nie rzec: ewangelizacyjną. Im bardziej sobie tego nie życzysz, tym chętniej cię nawraca.

Inka Wrońska, fot. Karol Chomka / Unsplash

Był przyjemny letni wieczór, jeden z niewielu ciepłych i pogodnych tego dziwnego lata 2025. Ku leniwym plotkom na tarasie otwarto właśnie butelkę prosecco z supermarketu i już, już zamierzano napełnić nim kieliszki, wtem! „Jeśli chodzi o wina musujące, pijam tylko szampana”, oznajmiła jedna z pań i zdecydowanym gestem zasłoniła swój kieliszek przed parweniuszowskim winem z północnych Włoch.

Jeśli chodzi o sery, jem tylko parmezan.

Jeśli chodzi o muzykę, słucham wyłącznie niszowego irlandzkiego folku z winyli.

Jeśli chodzi o malarstwo, tylko color field painting, najchętniej Rothko.

Takie oświadczenia, niby neutralne, wcale przecież neutralne nie są. Bo mają zawsze drugą część, tę niewypowiedzianą, przemilczaną, a przecież nie trzeba wyczulonego ucha, aby ją usłyszeć.

 „Pijam tylko szampana” to nie tylko prosta informacja o preferencjach mówiącego, mniej lub bardziej ciekawa dla otoczenia. Ona znaczy też: jestem koneserem (a wy nie). Znam się (a wy nie). Należę do elitarnej grupy (a wy nie). Mam pieniądze (a wy nie). I w ogóle: żal mi was, ale co zrobić, życie to nie elegia dla bidoków.

Nie jest to specjalnie uprzejme, ale też żaden snob się tym nie przejmie, żaden bowiem nie uważa się za niekulturalnego. Przeciwnie – każdy wierzy, że jest strażnikiem cywilizacji.

Zdrowa szczypta snobizmu

Bo tak po prawdzie, snobizm wcale nie jest zły sam w sobie. Czasami szczypta nie zawadzi. Jeśli ktoś mówi, że woli przeczytać Anomalię Hervé Le Telliera zamiast kolejnego Dana Browna, albo że po pieczywo jeździ do rzemieślniczej piekarni Cała w Mące, mimo że to drugi koniec miasta i mimo że chleb (tańszy) jest też w sklepie za rogiem – to może być po prostu ciekawa informacja, którą warto sprawdzić. Ewentualnie nie, musu nie ma. Snobizmom możemy przytaknąć – ale wtedy, kiedy są wobec rzeczy, nie wobec ludzi. Jeśli polecasz Le Telliera, rób to tak, abym zapragnęła go przeczytać; nie chcę podejrzewać, że mnie obrażasz.

Snobem jest człowiek, który pomylił swoje prywatne opinie z obowiązkiem wygłaszania ich publicznie. Ma on misję edukacyjną, by nie rzec: ewangelizacyjną; im bardziej sobie tego nie życzysz, tym chętniej cię nawraca. Niech mi będzie wolno użyć kulinarnego porównania: snobizm jest jak czosnek w sosie pomidorowym. Użyty z umiarem podkręca smak, w nadmiarze staje się nieznośny. I w dodatku kłopotliwy towarzysko.

Na słowa o piciu wyłącznie szampana można machnąć ręką. Nie chcesz, człowieku, pić cavy czy prosecco, to nie pij, obowiązku nie ma, a więcej zostanie dla innych. Można też spróbować dyskusji, ale nie z każdym snobem to możliwe. Z reguły są oni bowiem odporni na argumenty, a nawet twarde dane, zgodnie z (przypisywanymi niesłusznie Heglowi) słowami: „Jeśli fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów”.

Prawda objawiona

Snobem nie jest więc ten, kto kocha szampana – jest nim natomiast ten, kto, nie mając pojęcia o przebogatym świecie win musujących powstających poza Szampanią, głosi swoje mądrości jak sędzia sentencję wyroku, jak ksiądz z ambony dogmat o nieomylności papieża, jak nauczyciel fizyki drugą zasadę dynamiki Newtona. Snobizm to bowiem nie wiedza. To tylko przekonanie, że się ją ma.

Jestem niemal pewna, że gdyby zaprosić panią, która pija wyłącznie szampany, na blind tasting, w życiu nie zgadłaby, że w kieliszku ma nie wino z okolic Reims, a Gancię Cuvée 60 Mesi Riserva Brut z Alta Langa DOCG albo wręcz polskiego Bruta Zero spod ręki Jana Smolisa. Powiem więcej: brylanty przeciw orzechom, że w ciemno nie odróżniłaby szampana od corpinnata z Celler Can Descregut czy prosecco S.C. 1931 z winiarni Bellenda. Problem w tym, że na potrzeby dyskusji trzeba by mieć te wina pod ręką, a co za tym idzie, przekonywanie stałoby się przedsięwzięciem kosztownym i zdecydowanie nieopłacalnym.

„Świat nie kończy się na Szampanii”

Jakkolwiek przedstawiciela wersji hardocre przekonać trudno, istnieje jednak też wersja soft, czyli odmiana, u której ciekawość czasami zwycięża. – Przyjechał do nas pewien Amerykanin, jakiś ważny dyrektor w międzynarodowej korporacji – opowiada Jan Smolis, Polak urodzony w Szampanii, który dziś robi swoje wina musujące w Brzezinach pod Łodzią, bo, jak twierdzi, „ocieplenie klimatu sprawiło, że w Polsce są warunki jak w Szampanii 20 lat temu”. – Spodobały mu się nasze wina i postanowił wysłać je teściowi, Francuzowi. Problem w tym, że ów teść zawsze odmawiał picia czegokolwiek spoza Francji. Ale po jakimś czasie dostaliśmy od niego filmik, w którym wyznał: „Wypiłem to wino i wciąż jestem w szoku. Dzięki wam zrozumiałem, że świat nie kończy się na Szampanii”

Osobiście opowiadam się za trzecią wersją snobizmu. Ewangelizacyjna misja sprawia, że winiarski snob czasami postanawia przekonać nas do swoich racji nie w teorii, a poprzez praktykę. Zapewniam: nie warto się bronić. Pozwólmy obrońcy czci szampanów napełnić nasze kieliszki winem za sto euro, zamiast prosecco za 17,50 zł. Poszukajmy uważnie tak zachwalanych przezeń notes de brioche et de viennoiserie, notes plus confites, notes de fleurs séchées et fruits secs. Nieważne, czy znajdziemy, i tak jesteśmy do przodu, bo ostatecznie szampan, zwłaszcza dobry, nic tu nie zawinił.

A może się zdarzyć, że po kolejnym kieliszku nawet pokochamy naszego winiarskiego snoba. Kaznodzieja czy nie – grunt że nawraca ku radości.


Więcej felietonów winiarskich znajdziecie TUTAJ.

Czy masz ukończone 18 lat?

Ta strona przeznaczona jest tylko dla osób pełnoletnich.

Wchodząc na stronę akceptujesz naszą Politykę prywatności.

E-mail
Password
Confirm Password