W kwestii win marzec wymaga niejednoznaczności. Czegoś, co balansuje między ciepłem a chłodem, między wieczorem przy kominku a leniwym popołudniem na tarasie.
Inka Wrońska, fot. Micheile Henderson / Unsplash
Marzec to miesiąc, który nie potrafi się zdecydować. Jednego dnia organizuje taką pogodę, że nic tylko zawinąć się w koc i nie wychodzić z domu. Potem – cyk! – odkrywa trochę słońca, a my dajemy się oszukać, lecimy do kwiaciarni po tulipany i chowamy na pawlacz zimowe ubrania. No i zmyłka, bo kolejnego dnia znowu chłodno i pada; puchówki wracają jak niepyszne.

W marcu zima wciąż jeszcze czai się za kulisami, i choć pogoda wykonuje już nieśmiałe próby przed kwietniem i majem, to jeszcze na razie nie wpłaciła zaliczki na wakacje. Marcowa kuchnia to kuchnia wahania: dziś długo pieczona jagnięcina, jutro horrendalnie drogie szparagi z Hiszpanii. Podobnie rzecz się ma z marcowymi winami – są ambiwalentne.
Nie warto pytać, czy marzec jest czasem na wino białe czy czerwone. Lepiej zapytać: jakie wino smakuje jak marzec?
Wszak, mimo kaprysów pogody, dni i tak są coraz dłuższe, a optymizm oczekiwania na wiosnę każe zapomnieć – na jakiś czas przynajmniej – o przyciężkim włoskim primitivo czy beczkowym cabernecie z Napy. Z drugiej strony to jeszcze nie czas na bardzo mocno schłodzone lekuchne albariño; zostawmy je sobie na sierpień nad morzem. W kwestii win marzec wymaga niejednoznaczności – czegoś, co balansuje między ciepłem a chłodem, między wieczorem przy kominku a leniwym popołudniem na tarasie.
Weźmy takie sancerre z Doliny Loary. Ono nie zwiastuje wiosny, tylko ją sugeruje. Szczupłe, mineralne i eleganckie, ale zarazem o mocnej strukturze i wysokiej kwasowości, pachnie agrestem i grejpfrutem, jest w nim słodki aromat wiciokrzewu i świeżość dopiero co skoszonej trawy, która jeszcze nie stała się sianem. Kiedy będzie naprawdę ciepło, nada się na orzeźwiający aperitif, do ostryg czy sałatki z lekkim winegretem – w marcu jednak nie schładzamy go za bardzo (nawet 10-12 stopni będzie w sam raz) i podajemy do krewetek z chili, do pieczonego kurczaka albo do świeżego koziego sera. Wytrawny riesling z krajów o chłodnym klimacie sprawdzi się na przedwiośniu równie dobrze, podobnie jak niebeczkowe, ale przecież niezwykle wyraziste chardonnay.
Albo inaczej. Wino różowe. Wprawdzie kojarzymy je z latem – swoje międzynarodowe święto obchodzi w tym roku dopiero 13 czerwca – ale w marcu też zrobi robotę. Różowe wina, choć niosą w sobie architekturę win czerwonych, to jednak naszkicowaną piórkiem, dyskretnie. Jest w nich owocowość – ale nie natarczywość. W marcu najchętniej wybieramy rosé powściągliwe, odpowiednie i na słońce, i na chmury. I tu znowu kłania się Francja, konkretnie zaś – Prowansja. Wesołe truskawkowe i malinowe nuty wina wsparte są nostalgiczną słodyczą melona, białej brzoskwini i różanych płatków; w wielu prowansalskich różach można też wyczuć spajający wszystko delikatnie słony akcent. Latem rosé sprawdzą się na aperitif i do owocowych deserów, w marcu natomiast można je podać do makaronów z sosami na bazie pomidorów, do owoców morza, do sushi i sashimi, do risotta primavera oraz – w naprawdę zimny dzień – do całego szeregu rozgrzewających pikantnych dań kuchni azjatyckiej, od czerwonego tajskiego curry, po koreańskie bulgogi.
Z marcowym niezdecydowaniem poradzą sobie także lekkie wina czerwone – gamay z Beaujolais jest wyborem oczywistym, sama sięgnęłabym też po pinot noir z Polski. Wystarczy lekko je schłodzić, aby stały się idealne na czas przejściowy: towarzyskie, ale nie ciężkie, poważne bez nadmiaru dostojeństwa, umiarkowane, elastyczne, pasujące i do niezobowiązującego spotkania ze znajomymi, i do kolacji w dobrej restauracji. Są na tyle lekkie, by orzeźwić, a jednocześnie wystarczająco strukturalne, by zgrać się z jedzeniem, a nawet wynieść je na wyższy poziom. Pinot noir, ze swoimi nutami maliny i wiśni, delikatnymi akcentami ziemi i grzybów, odrobiną herbatki z hibiskusa – w chłodniejsze dni sprawdzi się do krótko smażonej kaczki, w cieplejsze zaś do musu z łososia. Gamay, uwodzące aromatami czarnej porzeczki, maliny i fiołków, możemy równie dobrze podać do pieczonego kurczaka, jak i do sałatki ze szpinaku i buraków.
Wreszcie bąbelki. Na przedwiośniu otwieramy je nie dla fajerwerków, nawet nie dla orzeźwienia, bo na dworze i tak wystarczająco rześko, raczej – dla zachęty. Niech wiosna już się zdecyduje, niech przyjdzie, czekamy. Wytrawne szampany i inne wina musujące powstające metodą tradycyjną, niosą w sobie nie tylko elegancką kwasowość, ale i sporo ciała; są orzeźwiające, jednak z ciepłymi akcentami brioszki czy świeżo upieczonego chleba. To wina jak najbardziej marcowe!
Czemu w ogóle chce się nam zmieniać wino w zależności od pory roku? Czemu nie pijemy, powiedzmy, ukochanego syrah od stycznia do grudnia, bez przerwy? Czemu, wraz z rosnącą temperaturą i większą ilością słońca przestają nam smakować gęste dębowe czerwienie oferujące pocieszenie i komfort? Czemu szukamy win o wyższej kwasowości, niższym alkoholu, większej lekkości i świeżych aromatach?
To proste. Nasz organizm podlega wahaniom pogody i dostosowuje się do zmienności pór roku. Wiosna – a raczej zapowiadające ją przedwiośnie – oznacza lżejsze ciuchy, lżejszą kuchnię i analogicznie: lżejsze wina. Takie, które nie muszą już pasować do bœuf bourguignon, skoro w warzywniakach pojawiają się – nieśmiało i najczęściej z importu, ale jednak – cukrowy groszek i młoda marchewka.
Marcowe wino jest świadome zmienności pogody – nie jest jeszcze ostatnim słowem, które powiedziała zima; nie jest też jednak pierwszym akapitem w książce o wiośnie. To przecinek.
Jeśli lubicie winiarskie felietony, koniecznie zajrzyjcie do tej zakładki!
