Enoturystyka karmi się marketingiem szeptanym. Przeczytajcie więc, jakie miejsca – na wino i nie tylko – zachwyciły redaktorów i redaktorki Fermentu.
zdjęcie główne: Frédéric Ducout Photography (Herdade da Malhadinha Nova)
Poniżej prezentujemy pięć miejsc, które zrobiły na nas ogromne wrażenie podczas winiarskich podróży. Do wakacji jest wprawdzie jeszcze sporo czasu, ale już teraz można wybrać kierunek wyprawy i zacząć planowanie. Jeśli urlop w wielkim hotelu przy basenie to nie wasza bajka, enoturystyka z pewnością jest doskonałą alternatywą. Ten sposób podróżowania pozwoli wam nie tylko poznać region, do którego się wybieracie, ale i mieszkających tam ludzi. W bonusie lokalna kuchnia, często kompletnie nieznana, i lokalne wino – w dodatku z pierwszej ręki!
Enoturystyka w Europie: miejsca godne specjalnej podróży!

Ewa Rybak: Herdade da Malhadinha Nova, Albernoa, Portugalia
Różne może być podejście do enoturystyki. Jest nią przecież city break w Wiedniu, Paryżu czy Berlinie i zanurzenie się w winiarskiej ofercie tamtejszych barów. Może być też przemierzanie piechotą usypanych czarną lawą winnic na Azorach. Dla jednych to pogranicze wina i jedzenia, więc poza mineralną bielą w kieliszku niezbędne im są także wybitne pomidory lub kapary z Santorini. Dla drugich – wizyta za wizytą, wino za winem, degustacyjne i kilometrowe rekordy, zaspokajanie niegasnącej winiarskiej ciekawości. A dla mnie odkrywcze było to, że można enoturystycznie odpoczywać. W dodatku nie ocierając się o proste, by nie powiedzieć: kiczowate, oferty przeludnionych winnych spa.
Portugalski region Alentejo niegdyś słynął z uprawy zbóż i korka, a dziś dostarcza świetnej jakości i zazwyczaj niedrogich win. Zrozumiałam tu, że „wypoczynek z winem w tle” nie musi być wyświechtanym sloganem. Całkiem niedaleko pięknego miasta Beja swoją jakościową enoturystykę i wybitną restaurację prowadzi Herdade da Malhadinha Nova. Być może znana jest czytelnikom Fermentu z powodu swoich win. Podstawowych Monte da Peceguina w trzech kolorach czy MM da Malhadinha i wybitnych Marias da Malhadinha. Przyjechałam tu wyłącznie za winem, a dostałam coś znacznie więcej: wielką przestrzeń, bioróżnorodność i rozproszoną po wielohektarowej posiadłości gościnność.
Malhadinha to 5 mocno od siebie oddalonych budynków mieszkalnych, z których każdy przybiera nieco inny charakter. Jeden bardziej przypomina pensjonat, inny – przeznaczony wyłącznie dla dorosłych – zapewnia prywatność np. parom. Kolejny pozwala na pobyt większej grupy, oferując kilka sypialni i bardzo gustowną przestrzeń wspólną. Estetyka tego miejsca to neutralne barwy, naturalne materiały, duże okna, które sprawiają, że winnica staje się częścią wystroju. To wszystko pozwala znaleźć się w ciekawym dystansie nie tylko od bodźców cywilizacyjnych (hałas, zanieczyszczenie światłem, ciasnota). Również od zbytniej dzikości natury, która bywa przecież równie stresująca (zimno, ciemno, nie zawsze wygodnie). Można spacerować, odwiedzać pobliskie atrakcje (głównie w naturze: stacje ornitologiczne, stadniny), po prostu być. Jest optymalnie.
Powiecie, że to samo znajdziemy w wielu miejscach w Polsce i na świecie? Odpowiem: to prawda, ale. Jest jeszcze wino, które tu spełnia rzadkie kryterium optymalności. Świetne technicznie, zarazem absorbuje lokalnością; nie zmusza do poświęcenia mu całej uwagi, ale też nawet przez chwilę nie nuży. Jest też odpowiednio eleganckie, żeby towarzyszyć posiłkowi w tutejszej restauracji. Dania są bowiem przemyślane, sezonowe, estetyczne, pomysłowe, ekologiczne, a szef kuchni uznaje istnienie wegan. Odpowiednio przystępne, można z nim przesiedzieć dwie godziny w wannie czy basenie z widokiem na winiarski świat. Jest bezbłędnie łączone z menu, a jednak wcale go nie wymaga. Nie nudzi, ale też nie angażuje zbyt mocno, o co przecież wśród nas, winomanów, bardzo łatwo.
Malhadinha to miejsce, w którym można sensorycznie odpocząć, a przy tym niepostrzeżenie doświadczać świetnego wina. Być przez chwilę zachwyconym, ale w ogóle o tym nie myśleć.
Herdade da Malhadinha Nova, 7800-601 Albernoa, Portugalia

Wojciech Bońkowski MW: Boškinac, Novalja, Chorwacja
Położona na północnym skraju Dalmacji wyspa Pag nie wita podróżnych opuszczających prom chlebem i solą. Jej słynny krajobraz przypomina powierzchnię Księżyca: po horyzont skalne rumowisko. Gdyby nie modry błysk Adriatyku w oddali, poczulibyśmy się od razu jak bohaterowie nowego odcinka Star Treka. Od razu widać, że – jako jedna z doprawdy bardzo nielicznych w chorwackiej koronie – wyspa ta żadnego wina nie zrodzi. Prędzej ujrzymy tu agawy i kaktusy niż zielony dywan winorośli.
A jednak Boris Šuljić wyobraził sobie na Pagu winnicę na wzór włoski, położoną przy kamiennym domostwie. Wyrabia się tu również oliwę i ser (lokalny owczy paški sir – jeden z najlepszych na Bałkanach). I zrobił to! Szansę na to dał wąski półwysep na północy Pagu, od tysiącleci goszczący imponujące gaje oliwne.
Jego Boškinac to nie tylko winiarnia. Šuljić dobudował do niej luksusowy hotel z fenomenalną restauracją, która od 2020 roku szczyci się gwiazdką Michelina. Pełna inwencji kuchnia śródziemnomorska wykorzystuje lokalne składniki. Obok sera także oliwki, jagnięcinę i owoce morza, a wśród wybitnych autorskich dań jest carbonara z kalmarów. Mięczakiem zastąpiono w niej makaron!
Przy restauracji działa butikowy hotel ze wszystkimi wygodami, który chyba tylko przez pomyłkę oznaczony jest czterema gwiazdkami – zasługuje na sześć. W urokliwym ogrodzie wspaniale spędza się czas przy kieliszku wina albo w basenie, a śniadanie jest absolutnie najwyższej klasy.
No i wina. Winnice obejmują blisko 7 ha nasadzeń. Specjalnością jest występujący tylko na Pagu biały szczep gegić, z którego Boškinac obecnie wyrabia cenione pomarańczowe wino Ocu. Producent najbardziej słynie jednak z czerwonego Boškinac Cuvée, śródziemnomorskiej interpretacji mieszanki cabernet sauvignon i merlota, który fenomenalnie się starzeje. To istne chorwackie grand cru, jak przystało na wizytówkę tej cudownej oazy na chorwackim wybrzeżu.
Boškinac, Škopaljska 220, 53291, Novalja, Chorwacja

Tomasz Prange-Barczyński: Loisium Resort Langenlois, Langenlois, Austria
Między rzędami veltlinera leżał pierwszy śnieg. Parująca o mroźnym poranku woda w wąskim, długim na 20 metrów basenie wcinającym się częściowo w plantację, wyglądała jednak kusząco. Pozostało mi tylko jedno: zrzucić szlafrok, pokonać biegiem kilka metrów i skoczyć w błękitną toń. Pływaliście kiedyś w winnicy?
Ten basen istnieje naprawdę. Jest częścią kompleksu hotelowego Loisium w Langelois, stolicy DAC Kamptal, w Dolnej Austrii. Budynek zaprojektowany został przez nowojorskiego architekta Stevena Holla. Jest minimalistyczny, ultranowoczesny, ale przy tym doskonale użytkowy. Mieści 112 pokoi, strefę wellness i spa, świetnie zaopatrzony wine bar z długą listą nie tylko lokalnych win i restaurację. Kuchnia jest lekkostrawna, dominują w niej warzywa (zwłaszcza sezonowe), choć rybo- i mięsożercy nie wyjdą z Loisium głodni. Mniej formalne posiłki serwuje się na tarasie GrüVe Lounge.
Czysto winiarskie doświadczenia czekają na gości 200 metrów dalej, w Loisium Weinwelt. Na liczących 900 lat piwnicach Holl postawił tu betonowy kubik, kryjący centrum winiarskie. Nieletni mogą zachwycać się multimedialną prezentacją nawiązującą do procesu produkcji wina. Starszych skusi raczej winoteka, w której odbywają się degustacje, oraz sklep z kilkuset etykietami w ofercie.
Kluczowe dla Loisium jest położenie. Niespiesznym spacerem dojdziemy stąd w kilkanaście minut do winiarni takich tuzów Kamptal, jak Bründlmayer, Loimer czy Jurtschitsch. Wyposażeni w rower lub auto bez kłopotu podróżować będziemy nie tylko po winodajnej dolinie rzeki Kamp. Także po innych słynnych regionach winiarskich skupionych wokół nieodległego Krems: Wachau, Traisental, Wagram Weinviertel i Kremstal. Wszystkie leżą w promieniu 15 km od hotelu. A jeśli znudzi się wiejska sielanka, w półtorej godziny dotrzecie pociągiem na wiedeński Franz-Josefs-Bahnhof. Najpierw jednak kraul w winnicy!
PS Niemal identyczny hotel Loisium znajduje się także w Południowej Styrii, w Ehrenhausen. W ostatnich latach firma wzbogaciła się też o podobny ośrodek, Loisium Champagne, w Mutigny, we Francji.
Loisium Resort Langenlois, Loisium Allee 2, Langenlois, Austria

Maciej Nowicki: Podere Giardino, Montalcino, Włochy
Jeśli w kolejnych zdaniach spodziewacie się prezentacji kompleksowej oferty mojej ulubionej enoturystycznej miejscówki, chwalącej poziom tamtejszej kuchni, wysławiającej zabiegi spa i specjalnie wybudowaną winiarską ścieżkę edukacyjną, możecie przestać czytać dokładnie w tym miejscu. I nie chodzi o to, że nie doceniam takich miejsc. Po prostu w czasie własnego urlopu szczerze nienawidzę rozbudowanych i zwykle zatłoczonych kompleksów. Tych, którzy mimo wszystko czytają dalej, zapraszam do Podere Giardino. Odkryłem je ponad piętnaście lat temu we Włoszech – zrobiłem to bez pomocy mediów społecznościowych i portali rezerwacyjnych. Od tej pory włoska enoturystyka już zawsze kojarzyć się będzie z tym właśnie miejscem.
Na pierwszy rzut oka wybór Toskanii, w dodatku bliskiej okolicy Montalcino – zaledwie jedenaście kilometrów – przeczy każdemu z moich wcześniejszych założeń. Sekretem jest jednak ta konkretna okolica. Podere Giardino znajduje się wprawdzie w pobliżu jednej z głównych miejscowych dróg, jednak odległość od zjazdu jest na tyle bezpieczna, że nie widać go z okien wynajętych przez amerykańskich turystów samochodów. Niewykluczone, że efekt ten zapewniają też tumany kurzu na szutrowej dojazdówce.
Cała oferta noclegowa to raptem trzy apartamenty w klimatycznym kamiennym budynku z połowy XIX wieku. To oznacza, że w jednym czasie w tym samym miejscu przebywa maksymalnie dziesięć osób. Choć i tak nie przeszkadzają sobie nawzajem. Zwykle rozpierzchają się pomiędzy ocienionym basenem, ogrodem, gajem oliwnym i winnicą – bo oczywiście powstaje tu wino. Prowadzące to gospodarstwo małżeństwo Dragoni ma ku temu dobre papiery. Oboje pracują w pobliskiej winiarni Col d’Orcia, ja wolę jednak sięgnąć po ich własne Brunello di Montalcino Le Tracce. Zjeść kolację też wolę w jednej z dwóch trattorii w pobliskim Sant’Angelo in Colle niż w modnej restauracji w Montalcino. Mogę też po prostu ugotować pastę samemu, otworzyć butelkę wspomnianego wina i wsłuchiwać się w kojącą ciszę.
Co ważne: możecie zabrać tam swoje koty czy psy, bo właściciele uwielbiają zwierzaki. Moje już czekają na kolejne odwiedziny.
Podere Giardino, 53024 S. Angelo in Colle, Montalcino, Włochy

Kuba Janicki: Mileștii Mici Village, Mileștii Mici, Mołdawia
Postmodernistyczny filozof Jean Baudrillard w swoim eseju Precesja symulakrów argumentował, że istotą współczesności jest prymat wyidealizowanych przedstawień nad tym, co mają reprezentować. Jako przykład podawał modelową główną ulicę amerykańskiego miasteczka, Main Street, którą przechadzają się turyści w Disneylandzie, a która w swej skrojonej pod odwiedzających esencjonalności jest de facto bardziej realna niż jakakolwiek rzeczywista Main Street jakiegokolwiek miasteczka.
Po odpowiedź na ze wszech miar zasadne pytanie „a co ma z tym wszystkim wspólnego enoturystyka?” zapraszam do Mołdawii. Zapraszać do niej warto z wielu powodów. Dlatego, że dzielna, pełna prozachodnich aspiracji Mołdawia potrzebuje naszych odwiedzin i że wybierając ją jako cel winiarskich peregrynacji spełniamy w gruncie rzeczy dobry uczynek. Także dlatego, że w czasach, kiedy wszyscy byli już wszędzie, w Mołdawii było dotychczas niewielu – a to także w podróżowaniu się liczy. Wreszcie dlatego, że obok butikowych, ambitnych winiarskich projektów, jak Equinox albo Et Cetera, znajdziemy tu enoturystyczne kompleksy oferujące nie tylko zwiedzanie winnicy i degustacje, ale także noclegi, spa i inne atrakcje na naprawdę wysokim poziomie: Château Vartely, Château Purcari czy Castel Mimi. Wybierając się do Mołdawii, możemy też jednak zagłębić się w baudrillardowskiej hiperrealności.
Zagłębić w sensie jak najbardziej dosłownym: ciągnące się setkami kilometrów korytarze zlokalizowanych w pobliżu Kiszyniowa piwnic Mileștii Mici i Cricova to winiarskie symulakra pierwszej wody, miejsca, w których wszystko jest bardziej, wyraźniej i jednocześnie na niby. Disneyland. Tryskająca przy wejściu do Mileștii Mici fontanna wina to wszak fontanna otwierająca perspektywę na disnejowski zamek. Podziemne szlaki Cricovej, noszące nazwy Cabernet czy Chardonnay, to Main Street i odchodzące od niej uliczki. Można sfotografować się przy kolekcjach win oznaczonych nazwiskami znanych, mniej lub bardziej sympatycznych władców i polityków, przy czym w przypadku większości z nich to po prostu dodatkowa warstwa symulowanej rzeczywistości: butelki ofiarowane na miejscu przywódcom od razu trafiają za piwniczne kratki z odpowiednią tabliczką, by na zawsze zostać skazane na rolę eksponatu.
Płynnym i szybkim zmianom disnejowskich światów przedstawionych, od pirackiego statku po nawiedzony dom, odpowiadają sale degustacyjne, których designu bizantyjski rozmach jeńców nie bierze: ni to morskie dno, ni pokład Nautilusa z akwariami za szybami bulajów czy tradycyjne mołdawskie obejście, na które skryte za oknami lampy rzucają światło imitujące słoneczny letni dzień – a wszystko to, przypomnijmy, sto metrów pod żyzną mołdawską ziemią.
Enoturystyka w Mołdawii to przeżycie totalne, z kategorii tych, do których podejść trzeba z otwartą głową i bez sprecyzowanych oczekiwań – nie ma bowiem takich, których by to doświadczenie bez żadnego wysiłku nie przerosło. A oprócz rozrywki płynie z niego także cenna lekcja: by niczego, ani wina, ani tym bardziej siebie, nie brać zbyt na serio.
Mileștii Mici Village, Mileștii Mici, Mołdawia
Tekst ukazał się pierwotnie w numerze 25 magazynu Ferment. Pismo o winie