W mediach doniesienia o nieznośnych upałach na południu Europy, a tymczasem w Polsce woda w Bałtyku w porywach dochodzi do 18 stopni. Porzucam (chwilowo) lekkie rosé i sięgam po wino pocieszenia, odpowiednie na sierpień, który uparł się, że jest październikiem.
Inka Wrońska, fot. Alisa Anton / Unsplash
Marzyłam o długim i upalnym lecie. Takim, które zacznie się już w weekend majowy i skończy przyjemnie cieplutkim wrześniem. Tymczasem, gdy to piszę, jest połowa sierpnia, niebo w okolicach Brodnicy, gdzie spędzam wakacje, zaciągnięte chmurami, temperatura ledwo sięga dwudziestu stopni, a woda w jeziorze Głowińskim wciąż, delikatnie mówiąc, rześka.
Przywiezione z Warszawy leciutkie białe i różowe wina, w tym także trochę musiaków, wyrywają mi się z lodówki na wolność. Chcą, jak w ubiegłym roku, na kocyk, na pomost, na taras. A ja im mówię, poczekajcie jeszcze trochę, może niekoniecznie dziś się otworzymy, tymczasem zrobię sobie gorącą herbatę z cytryną i imbirem, wyjdę na taras z książką i przykryję się kocykiem.
Kiedy myślę o winach na lato jako o kategorii, przychodzi mi na myśl bardzo fajne i coraz rzadziej używane słowo: mimochodem. Letnie wina to te, które popijamy w przelocie. Od niechcenia. Bez specjalnego myślenia, bez zastanawiania się nad terroir, szczepem, châteaux, cru i DOC. Mimochodem właśnie. Jedyne, czego od nich oczekujemy, to żeby były lekkie i orzeźwiające. Jak tancerki Degasa: ulotne, zwiewne i pastelowe.
Gra w kolory, czyli jakie wino na lato?
Różowe
Letnie wina to dla mnie przede wszystkim wina różowe. Zwłaszcza te blade róże, z Prowansji. One właściwie nawet nie są winami, a kwintesencją letniego nastroju, radości, sympatycznego leniuchowania, niezobowiązującego letniego flirtu. Popijamy je zgoła nie dlatego, że mamy akurat ochotę na wino, ale dlatego, że tak pięknie dopełniają letnie popołudnie, że pasują do białej lnianej sukienki, a czasami też dlatego, że są mega instagramowe, a co tam.
Białe
Wina białe też są dobre latem, choć one mają już w sobie więcej powagi. Ale i wśród nich są takie, które lepiej lub gorzej nadają się na upał. Latem odwracam się instynktownie od opasłych, tłustych, buchających wanilią beczkowych chardonnay. Przyjedzie na nie czas późną jesienią, kiedy na stole pojawi się makaron w kremowym sosie z podgrzybkami; wtedy je przeproszę. W lipcu i sierpniu chętniej sięgam po biele nerwowe, wyraziste. W jednych szukam słonawego morskiego finiszu, w innych kredowej mineralności, w innych jeszcze rześkich nut cytrusowych. Przed podaniem schładzam je mocno, bardzo mocno. A jak nie chce mi się czekać, aż zrobią się zimne, to wrzucam do nich kostki lodu, nie zważając na oburzenie znawców, którzy mówią, że to straszny grzech i obraza boska.
Czerwone
Co więcej – bez drgnienia powiek schładzam też latem wina czerwone. Zwłaszcza te rozmaitej maści lekkie zweigelty, gamay i pinoty, za nic sobie mając uwagi o temperaturze pokojowej. Co mnie obchodzi temperatura w pokoju, skoro i tak piję wino na dworze? I choć wina czerwone mają już w sobie znacznie więcej powagi, niż różowe, i tak nie pytam, skąd pochodzą, ile czasu spędziły w beczkach (zwłaszcza, że wybieram zwykle te, które dojrzewały w stalowych kadziach i z założenia mają cieszyć swoją owocowością i młodzieńczą energią) i czy mają duży potencjał dojrzewania. Jaki by to nie był potencjał, co mi po nim, skoro zamierzam wypić je tu i teraz, z przyjaciółmi. Za kilka chwil butelka pokaże dno, no i dobrze.
Kolor pocieszenia
Co jednak robić, kiedy lato, tak jak to tegoroczne, zapomniało, że ma nadejść? Kalendarz, owszem, zapewnia, że jest sierpień. W mediach doniesienia o nieznośnych upałach, o turystach odwiedzających muzea i galerie bynajmniej nie dla obrazów, a dla klimatyzacji – ale to nie u nas, tylko na południu Europy. Tymczasem w Polsce woda w Bałtyku w porywach dochodzi do 18 stopni, a ja piszę te słowa ubrana w ciepłą różową bluzę z logo Fermentu.
Cóż – w takiej sytuacji należy sięgnąć po inne wina. Po wina pocieszenia, odpowiednie na taki sierpień, który upiera się, że jest październikiem. Do akcji, niczym stary przyjaciel, wkracza ukochane barolo od Vajry, ku niemu idzie nie sałatka, a kawałek dobrze dojrzałego pecorino. Czytam wróżby synoptyków jak powieść kryminalną. Szanse na deszcz jutro: osiemdziesiąt procent. A to znaczy, że nadszedł czas na pikantne syrah z Australii, pachnące śliwkami i czekoladą, które wspaniale rozgrzewa nawet kiedy pada i wieje. Czas na sycylijskie nero d’avola otulające człowieka jak koc ciemnym i długim posmakiem lukrecji. Nie czas na vermentino.
Lekkie rosé też może poczekać na swój moment. Sięgnę po nie, gdy późnoletnie albo już zgoła jesienne słońce przypomni sobie, że norma na ten rok wciąż nie wyrobiona i zaświeci znienacka, zaskakując meteorologów i zdejmując puchowe kurtki zmarzniętym turystom nad polskim morzem. A jeśli nie, to przerobię je na grzańca z imbirem, odrobiną miodu i kilkoma plasterkami różowego grejpfruta.
I wzniosę toast za to dziwne lato.
O tym, że schłodzone wina czerwone są doskonałym wyborem na upały (które wszak jeszcze mogą nadejść!), pisał niedawno Tomasz Prange Barczyński w tekście Rot, cool, Austria!