Jeden z najstarszych domów szampańskich, założony w Reims w 1734 roku (rodzina Taittinger weszła w jego posiadanie w 1932 roku), przeżywa w ostatnich latach renesans. Firma przede wszystkim wytwarza wina musujące, ale działa też aktywnie w innych dziedzinach: sztuki, gastronomii, a nawet sportu. Duża w tym rola Vitalie Taittinger, która na początku 2020 roku została jej prezydentką. O rodzinnych wartościach, inwestycjach w Anglii, ekologii i piłce nożnej rozmawia z nią Tomasz Prange-Barczyński.
zdjęcia: Taittinger
Tomasz Prange-Barczyński: Jak przebiegły zbiory w Szampanii w tym roku?
Vitalie Taittinger: Były wspaniałe. Owoce okazały się czyste i zdrowe, poziom cukru – znakomity. Jedyne, co szwankowało, to ilość. Tak było zresztą w całej Szampanii, znacznie poniżej średniej. Reszta jednak była wspaniała – pogoda, spokój w trakcie sezonu wegetacyjnego. Wszystko, oprócz wielkości zbiorów.

Co to w dzisiejszych czasach oznacza być prezydentką domu szampańskiego? Zwłaszcza takiego jak Taittinger?
Jestem szczęściarą. Mam możliwość pracy we wspaniałym zespole, dzięki któremu Taittinger może wyrażać swoje wartości i poprawiać jakość w każdym aspekcie działania firmy. To ogromna przyjemność. Ale i wielka odpowiedzialność. Świat się zmienia, ciągle stajemy przed nowymi wyzwaniami, musimy sprostać rzeczywistości.
Mamy w rękach wspaniałą firmę, z wielką przeszłością, dziedzictwem, ale naszym obowiązkiem jest przekazać to wszystko w jeszcze lepszej formie następnym pokoleniom.
W pracy z szampanem fantastyczne jest to, że łączy się wiele różnych rzeczy: natura, wino, ekspresja jego kultury. Przyjmujemy mnóstwo gości z całego świata, wysyłamy nasze szampany w każde miejsce globu. To więc także przygoda kulturowa.
Ferment jest pismem o winie. Ale i nas najbardziej interesuje ukazywanie wina jako elementu cywilizacji, w kontekście kulturowym i historycznym, także jako części zmieniającego się świata. Odnoszę wrażenie, że w swoich działaniach w domu Taittinger robiła Pani wiele podobnych rzeczy…
Absolutnie tak! Cieszę się, że wymienił pan słowo „cywilizacja”. Jednym z wyzwań w Szampanii jest praca w cyklu długoterminowym. W dzisiejszym świecie wszyscy pędzą, produkują coś szybko, bo jutro kto inny może zrobić coś nowego, lepszego. W naszym regionie jest dokładnie odwrotnie. Jesteśmy poza trendami. Dlatego tak bardzo lubię słowo „cywilizacja”. Dziś słyszymy dookoła o walce z alkoholem, z cukrem… Myślę, że robienie wina w Szampanii, takiego, które powstaje od kilku wieków, to nie jest produkcja napoju – to jest cywilizacja, to jest kultura, natura, terroir, enologia i nauka. To bardzo cenne.
W jaki sposób Taittinger reaguje na zmiany w świecie szampana? Na ile sam kreuje te zmiany?
Myślę, że wszyscy kreujemy zmiany, adaptując się codziennie do świata. Żyjemy w stałym ruchu, to konieczne. Nie możemy bazować tylko na tym, co było. By zachować w przyszłości tę samą energię, nasze talenty, musimy się zmieniać. To część życia. Musimy zmieniać choćby małe rzeczy, nawet jeśli chcemy pozostać tacy sami.
„Musimy zmienić wszystko, żeby wszystko pozostało po staremu”, jak pisał w Lamparcie Giuseppe Tomasi di Lampedusa…
Właśnie tak!

Co to znaczy we współczesnych czasach „rodzinny” dom szampański? Jak rodzinne wartości wpływają na markę i działania firmy?
W Szampanii to słowo ma nawet większe znaczenie niż w innych regionach winiarskich świata, bo u nas zbyt wielu winiarskich rodzin nie ma. Rodzinny dom szampański to przede wszystkim luksus prowadzenia projektu przez kolejne pokolenia. Nigdy nie zaczynasz myślenia o biznesie od planowania zysku i sprzedaży. Myślisz raczej, jak stworzyć projekt, który przyszłe pokolenia także uznają za swój. Co mogę zrobić dla ziemi, jak dbać o glebę i naturę, by zachować pełne życia dziedzictwo? Nie boisz się zamykać w piwnicach wina, które wejdzie na rynek dopiero za dziesięć lat. Możesz robić dalekosiężne plany.
Druga sprawa to możliwość kierowania się sercem. W rodzinnej firmie jest to dozwolone (śmiech). To wspaniałe, dać się prowadzić sercu, przeczuciom. Charakter domu, jego wyjątkowość oznaczają bardzo wiele i wpływają na podejmowane każdego dnia decyzje.
W Taittinger ludzie pracują co najmniej przez dziesięć lat, także młodzi. Większość ich życia związana jest z naszym domem. Dorastając z nami przejmują nasze wartości, więc koniec końców, nawet jeśli nie jesteśmy wszyscy spokrewnieni, stanowimy rodzinę. Uwielbiam to. Nie kalkulujesz, opierając się na własnym ego czy polityce. Pracujesz zgodnie z tym, kim jesteś. Kochamy ludzi za to jakimi są, za ich talenty.
Z pozoru w winiarniach podział ról wydaje się prosty: enolog, agronom, szef eksportu, dyrektor marketingu. Ale dyrektor artystyczny? Jesteśmy przyzwyczajeni do takich funkcji raczej w teatrze czy operze. Jaka w istocie była Pani rola, gdy obejmowała Pani tę funkcję w rodzinnym domu szampańskim?
To dla nas bardzo ważna pozycja. Proszę sobie wyobrazić, że nie mamy w Taittinger dyrektora marketingu. Mamy za to dyrektora „doświadczenia” (experience director). I mamy też dyrektora artystycznego. Najważniejsze to ukazywać markę i dom w sposób jak najbardziej wierny temu, kim naprawdę jesteśmy. Nie chcemy kreować Taittinger jako wielkiej marki, a raczej jako coś bardzo osobistego. Dyrektor artystyczny ma za zadanie dbać, by sposób, w jaki się pokazujemy, był bardzo precyzyjny. Każdy rodzaj wizerunku, który opuszcza nasz dom, musi mieć określone walory.
To samo dotyczy wizyt. Chcemy, by ludzie, którzy nas odwiedzają, poczuli w pełni ducha Taittinger. Jeśli chcesz to osiągnąć, musisz zadbać o najmniejsze nawet szczegóły – od tego, w jaki sposób goście zostaną powitani, przez to, jak się do nich zwracamy, jak został zrobiony film, który pokazujemy im w naszych piwnicach, aż po rodzaj przekazu, jaki wyniosą z takiej wizyty. Wszystko musi być wyjątkowe.
Taittinger to nie tylko wino, ale też sztuka, kulinaria, a nawet sport. Zacznijmy od sztuki. Jakimi kryteriami kieruje się Pani we współpracy z artystami w ramach Taittinger Collection?
Wszystko zaczęło się od mojego wujka, brata dziadka, który chciał zaangażować w projekt wielkie nazwiska, twórców sztuki współczesnej. Wszyscy byli reprezentantami pewnego pokolenia. Gdy zaczynali z nami współpracę, byli już dość wiekowi i mądrzy. Bardzo lubię ten aspekt kolekcji – nie chodzi bowiem o traktowanie sztuki jako mody. To byli ludzie, którzy zmieniali świat sztuki, zostawiali swoje nazwiska w historii sztuki. Każdy z nich, a pochodzili z różnych kontynentów, był niezwykle ważny także dla własnego kraju.

Dziś to bogata, ważna kolekcja (wśród artystów znaleźli się m.in. Vasarely, André Masson, Roy Lichtenstein, Imaï, Rauschenberg i Amadou Sow. Brazylijski fotografik Sebastião Salgado zaprojektował butelkę Grand Cru 2016 – przyp. red.). Pracujemy dalej, choć mniej już chyba chodzi o przełom, a bardziej o samą sztukę. Świat się zmienia. Działamy teraz z artystą, który przygotowuje butelkę wymagającą rozwiązania wielu kwestii technicznych. Szukam więc odpowiedniej firmy, która będzie w stanie taką butelkę wyprodukować.
Taittinger jest też związany ze światem wyrafinowanej kuchni. Na czym polega ArsNova Prix International, znana kiedyś jako Pierre Taittinger International Culinary Award?
Projekt prowadzony jest w dziewięciu krajach (Francja, Belgia, Holandia, Szwajcaria, Japonia, Wielka Brytania, Niemcy, Szwecja, USA – przyp. red.). Każdego roku wybieramy przepisy i w kolejnych krajach nagradzamy ich najlepszą interpretację. Szefowie muszą mieć nie więcej niż 40 lat. Wielki finał odbywa się w szkole Le Cordon Bleu w Paryżu. Oprócz wcześniej ustalonego dania z krajowych finałów, kucharze realizują też przepis-niespodziankę wybrany w przededniu wydarzenia. Zwykle wymaga to bardzo dużych zdolności technicznych. Na przygotowanie obu dań mają pięć godzin. W jury zasiadają starsi szefowie kuchni wywodzący się z restauracji wyróżnionych dwiema lub trzema gwiazdkami Michelina z całego świata. Przyznawane są nagrody: pierwsza, druga i trzecia.
Zmieniliśmy nieco sposób przeprowadzania konkursu. Na początku szefowie podawali wszystkie dania na raz, jak w klasycznym service à la française, a realizowane przepisy pochodziły głównie z książek Escoffiera (Auguste Escoffier, szef i reformator kuchni francuskiej z przełomu XIX i XX wieku – przyp. red.). Dziś ludzie chodzący do restauracji nie szukają już takiej kuchni, dlatego postanowiliśmy skupić się na wydobyciu indywidualnych talentów każdego z młodych kucharzy, tego co wnosi ich kultura, co mają w sercach i głowach, by gotowali w taki sposób, aby jak najlepiej wyrazić własną osobowość. Teraz, kiedy idziesz do dobrej restauracji z gwiazdkami Michelina, chcesz poznać charakter szefa kuchni. I o to chodzi w ArsNova. Dzięki temu konkursowi chcemy też promować wysoką kulturę kulinarną wśród młodego pokolenia.
Taittinger jest partnerem FIFA i oficjalnym szampanem nadchodzących Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Na czym polega taka współpraca? Jak pogodzić wino i sport?
Piłkarskie mistrzostwa są największą imprezą sportową na świecie. W Taittinger uważamy, że dla osób kochających sport to moment najważniejszy, dający najwięcej frajdy. W każdym kraju ludzie zbierają się w grupy oglądają mecze, ale też urządzają przyjęcia. To także synonim pełnej radości. Zależało nam na tym, by znaleźć się na tej „platformie szczęścia”.
Mistrzostwa dają nam też okazję, by zaprosić wszystkich naszych klientów z całego świata, by przeżywali te chwile razem z nami. Razem oglądamy mecze, cieszymy się, bawimy. To się pamięta przez całe życie.
Inna sprawa, że sama piłka nożna jest dla Taittinger bardzo ważna. Kiedy mój dziadek był merem Reims, lokalna drużyna była na szczycie (Stade de Reims było mistrzem Francji w latach 1949, 1953, 1955, 1958, 1960, 1962, zaś Jean Taittinger pełni rolę mera miasta między 1959, a 1977 rokiem – przyp. red.). Dziadek, ojciec, ich bracia, moi bracia byli i są totalnymi miłośnikami futbolu. Decyzję o partnerstwie z FIFA podjęliśmy więc, kierując się sercem.
Jesteście państwo właścicielem niebagatelnej liczby hektarów (ok. 288) w Szampanii, w której zaledwie 8 procent upraw znajduje się w reżimie uprawy ekologicznej. Wiem, że Taittinger ma certyfikaty Haute Valeur Environnementale i Viticulture Durable en Champagne. Czy może Pani przybliżyć działania firmy na tym polu?
Kiedy mój ojciec odkupił firmę w 2006 roku (rodzina sprzedała dom amerykańskiej grupie kapitałowej w lipcu 2005 roku, by 11 miesięcy później odkupić go przy wsparciu banku Crédit Agricole – przyp. red.), jego pierwszą decyzją było wycofanie z użycia wszelkich herbicydów. Byliśmy jednym z pierwszych dużych domów szampańskich, które zdecydowały się na taki krok. Moment był trudny, bo odbudowując firmę musieliśmy się liczyć z tym, że przez kilka lat plony będą niższe. A jednak się opłaciło, a podjęta decyzja okazała się ze wszech miar trafną. Choć nauczenie się tego, jak sobie radzić bez herbicydów, zajęło trochę czasu.
Jednocześnie zdecydowaliśmy się podążać własną drogą, pozostać całkowicie wolni w sposobie prowadzenia winnic. Kiedy decydujesz się na certyfikat ekologiczny, dostajesz wytyczne, których musisz się trzymać. A te nie zawsze pasują do każdego rodzaju siedliska. Dla mnie najważniejsze jest to, czego używasz w swojej winnicy. Aby to wiedzieć, nie ma lepszego sposobu, niż ją obserwować, każdą osobną parcelę. Możesz to zrobić, jeśli pracujesz z ludźmi, którzy doskonale znają teren. Tymczasem w Taittinger pracownicy zatrudnieni są nierzadko 30 lat i więcej. Dzięki specjalistom możemy pozwolić sobie na minimalną interwencję w winnice. Ale robimy to na naszych warunkach. Oczywiście, mamy wspomniane przez pana certyfikaty i to na najwyższym poziomie. Mamy, z czego jesteśmy bardzo dumni, najlepiej utrzymane winnice w Szampanii. Spora ich część uprawiana jest w reżymie ekologicznym, jednak nie chcemy być dogmatyczni. Każdej parceli trzeba dać to, czego akurat potrzebuje. Musimy mieć możliwość kontroli.
Czy ma pani poczucie, że wpływacie pod tym względem na swoich sąsiadów?
Oczywiście! Ale myślę, że w Szampanii ludzie mają przekonanie, że bez dobrej jakości ziemi jutro nie będą w stanie zrobić dobrego wina. W regionie większość winnic należy do rodzin, którym zależy na zachowaniu dziedzictwa. Myślę że niemal wszyscy dbamy o terroir. Dla mnie najważniejsze jest to, w jaki sposób obserwujesz swoje rośliny. Czasem idziesz przez prowadzoną ekologicznie winnicę i nie znajdujesz ani jednego owocu. Kiedy rozmawiam o tym ze starymi winogrodnikami smucą się, bo przecież cała ich praca polega na tym, by dać energię roślinom, tak by mogły produkować grona.
Oczywiście, konwersja na zdrowszy sposób uprawy zajmuje dużo czasu, ale myślę, że wszyscy jesteśmy na dobrej drodze.
Taittinger nie jest pierwszym domem szampańskim, który inwestuje w winnice w południowej Anglii. Jak bardzo wina z Kent będą przypominały te z Szampanii? A może będą od nich diametralnie różne?
Całkowicie różne! Wierzymy w siłę terroir. Nawet jeśli tamte wina także są musujące, stanowią przecież odbicie lokalnego siedliska, klimatu, ziemi, ale także własnej historii. Robimy zatem to, co kochamy – pokazujemy charakter miejsca, oczywiście przy pomocy wina musującego.

Oczywiście, Taittinger Champagne to projekt, który ma już prawie 300 lat. W Anglii możemy to doświadczenie wykorzystać, ale tylko pewną jego część. Musimy stale uczyć się terroir. Pierwsze wina są fantastyczne, możemy więc cieszyć się, że decyzja o inwestycji była słuszna i że to wspaniały projekt. Jednak to dopiero początek długiej historii. Podobieństwa są nikłe. To tak jakbyś porównywał Bordeaux z Burgundią. Z drugiej strony – kochamy wina czyste, precyzyjne, mineralne i także w Anglii chcemy takie robić. Nie możesz iść na przekór własnemu smakowi.
Polska ma w sumie wprawdzie tylko nieco ponad 1000 ha winnic, ale wydaje się, że to właśnie wina musujące są naszą największą szansą. Może Taittinger stałby się pierwszym domem szampańskim, który zainwestowałby w produkcję w naszym kraju?
Na pewno chciałabym lepiej poznać polską kulturę i dowiedzieć się więcej o samym kraju. Uważam, że jeśli sprzedajemy gdzieś nasze szampany, powinniśmy znać to miejsce dobrze. Bardzo lubię przyswajać tę wiedzę.
