To jeden z podstawowych wymogów dorosłości: oczekuje się od nas, że będziemy umieli robić rzeczy, których nigdy nas nie nauczono. Zawiązać węzeł Windsor; wskazać sztućce do ślimaków; zrobić dyg przed królem Karolem. Albo wybrać wino w restauracji.
Inka Wrońska, fot. Jay Wennington / Unsplash
Trafiłam niedawno na filmik nakręcony przez CollegeHumor, komediową platformę z Los Angeles. Restauracja, przy stoliku dwoje młodych ludzi; podchodzi kelner. Any wine tonight? pyta. Mężczyzna zastanawia się, z niepewną miną przeglądając długą kartę win. Weźmiemy drugie najtańsze, mówi wreszcie (partnerka spogląda na niego z miłością i oddaniem). Doskonały wybór, sir, potwierdza sommelier. Następny kadr: najazd kamery na 3 butelki wina stojące na zapleczu. Jest rosé, merlot, pinot grigio – na każdej etykiecie ta sama nazwa: SECOND CHEAPEST WINE. Głos w tle: „Nie wiesz specjalnie dużo o winie, wiesz jednak, że nie powinieneś brać najtańszego. Dlatego ułatwiamy ci wybór. Nasze SECOND CHEAPEST WINE jest robione z najlepszej jakości drugich najtańszych winogron. Rozwinęlibyśmy ten temat, ale wtedy nie miałbyś pojęcia, o czym mówimy”. I szept na zakończenie: „Drugie najtańsze wino w karcie – najtańsze zaraz po najtańszym”.
To jeden z podstawowych wymogów dorosłości: oczekuje się od nas, że będziemy umieli robić rzeczy, których nigdy nas nie nauczono. Zawiązać węzeł Windsor; wskazać sztućce do ślimaków; zrobić dyg przed królem Karolem. Albo wybrać wino w restauracji.
To ostatnie jest trudne nawet wtedy, kiedy restauracja ma sommeliera – bo co zrobić, jeśli zaproponuje najdroższe wino w karcie? Jasne, najlepiej byłoby powiedzieć wprost: sorry, nie stać nas, poza tym nie chcemy całej butelki, wystarczy po kieliszku; to jednak wymaga pewności siebie i asertywności. Więc nieco wbrew sobie mówicie, dobrze już, niech będzie, okazja ważna, jakoś głupio tak na wszystkim oszczędzać. Zamawiacie.
Problem w tym, że potem przez cały wieczór nie myślicie ani o winie, ani o jedzeniu, ani o rocznicy, tylko o tym, że w godzinę wypiliście ratę kredytu, roczny zapas karmy dla kota czy pół wyjazdu na Maderę.
Wtedy właśnie z pomocą przychodzi niepisana, ale jak najbardziej stosowana reguła. Dziękujecie sommelierowi za nieocenioną pomoc i wybieracie drugie najtańsze wino w karcie. Jak w tym filmiku.
Można sobie z tego żartować, ale kilka lat temu amerykańska platforma Atlas Obscura przeprowadziła ankietę wśród czytelników i ustaliła, że 53 proc. z nich zawsze wybiera drugie najtańsze wino w karcie. Zasada second cheapest wine jest prosta. Jeśli macie wrażenie, że wybór najtańszego jest dla was w jakiś sposób upokarzający, wybieracie to drugie w kolejności od dołu. Czyli pierwsze po najtańszym. Najtańsze jest kozłem ofiarnym, ale już „drugie najtańsze” to zupełnie co innego! To sygnał dla kelnera, że nie z wami takie numery, nawet jeśli niekoniecznie macie gruby portfel.
Kombinujecie tak. Shiraz jest pyszne, ale 85 złotych za kieliszek to jednak za dużo. Najtańsze shiraz w karcie kosztuje 20 zł za kieliszek. No to może jednak za mało – rzadko wychodzicie ostatnio do restauracji, macie co świętować, możecie zapłacić ciut więcej. Patrzycie od dołu listy na kolejnego shiraza – ten kosztuje już 30 zł – ok, będzie w sam raz. 10 dodatkowych złotych za większą przyjemność (bo zakładacie, że skoro wino jest droższe, będzie także lepsze) to nie jest wygórowana cena. Zwłaszcza że przy okazji ratujecie poczucie własnej wartości.
Niestety, zasadę second cheapest wine znają nie tylko goście restauracji.
Tak sie składa, że wie o niej każdy. Od sommeliera, który przed chwilą chciał wcisnąć wam Pendfoldsa Grange, przez właściciela restauracji i importera, aż po producenta wina, którego duch błąka się na marginesach karty. Wszyscy są wtajemniczeni. A to może oznaczać, że drugie najtańsze wino w karcie w rzeczywistości jest pierwszym najtańszym, tylko ukrytym pod uwodzicielską maską bycia drugim.
To sytuacja win-win. Dla restauratora nie ma wszak nic prostszego niż podnieść marżę na wino najtańsze w ofercie i sprawić tym samym, że wskoczy ono na pozycję drugą od dołu. Z kolei gość, kupując „drugie najtańsze”, czuje, że przechytrzył system i zwycięsko wyszedł z trudnej sytuacji. Gratulacje dla mnie, myśli, nie dałem się zrobić w konia, ale też nie pokazałem, że jestem snobem. Kiedy butelka dociera na stół, odbywasz obowiązkowy rytuał wąchania i próbowania; krótki moment na zastanowienie, skinienie głową, tak, to właśnie to, o co chodziło. Pijąc, odkrywasz, że wino jest całkiem w porządku, a może nawet i dobre?
Tak naprawdę w restauracji z obsługą sommelierską można spokojnie założyć, że wszystkie wina są dobre, może nawet lepsze niż się przypuszczało, ba! lepsze, niż sugerowałaby to cena. Na każdej liście musi przecież znaleźć się jedna butelka, której przypadnie w udziale pozycja najtańszej w ofercie. Jednak żadna restauracja nie wstawi specjalnie do karty czegoś niepijalnego tylko po to, żeby mieć obsadzone ostatnie miejsce. Przeciwnie: dużo większym wysiłkiem dla jej menedżera i sommeliera jest przygotowanie tych tańszych pozycji, które trafią na ostatnie i przedostatnie miejsce, niż obsadzenie „jedynek” drogimi szampanami lub burgundami.
„Założenie jest takie, że restauracja próbuje oszukać swoich klientów pijących wino, narzucając niewiarygodnie wysokie marże na najtańsze wino na liście. Teoria głosi, że goście są przyciągani do najtańszego wina ze względu na ogólnie wysoki poziom cen, więc restauracja zgarnia kasę, gdy klienci wybierają najtańszą butelkę” pisze Mike Veseth na portalu Wine Economist. Skoro zatem gość jest mądry i wie, że najtańsze wino to oszustwo, nie daje się oszukać, sięgając od razu po drugie od dołu na liście. Restaurator czyta to tak: drugie najtańsze jest kluczowym punktem każdej karty win!
Cóż – logika podpowiada, żeby przejść w takim razie na trzecie najtańsze, niestety, niewykluczone, że restauracja zrozumie i tę strategię. W rezultacie dochodzimy do wniosku, że przed ewentualnym oszustwem zabezpieczy nas jedynie kupienie najdroższego wina na liście – świetny pomysł, chociaż, wróć… chyba nie o to chodziło?
Stajemy zatem przed fundamentalnym dylematem. Jak mieć przyjemność z wina, a jednocześnie nie przepłacić? Zasada „drugiego najtańszego” nie jest zła sama w sobie (podobnie zresztą jak zasada „pierwszego najtańszego”), jeśli ograniczymy się do win, które naprawdę lubimy. Czyli np. tylko do pinot grigio. Albo do win z Prioratu. Albo do takich, które mają kotka na etykiecie.
W ten sposób, niezależnie od tego, co i jakim systemem wybierzemy – i tak wyjdziemy na swoje.
Lubicie czytać o winie? Więcej winiarskich felietonów znajdziecie TUTAJ.
