Wiecie, jaką minę ma ktoś, kto dostanie nietrafiony prezent i musi się z niego ucieszyć? Mój syn miał właśnie taką, kiedy zobaczył, że na 18. urodziny nie dostał PlayStation, tylko wino, które było jego rówieśnikiem.
Inka Wrońska, fot. Jiamin Huang / Unsplash
Uwielbiam wchodzić na facebookową grupę o nazwie „Wino, kolekcje, wymienię, odstąpię”. Większość wpisów wygląda podobnie: ktoś chce sprzedać wino, z reguły stare, wrzuca zdjęcie zakurzonej butelki ze spleśniałą etykietą, pisze coś w rodzaju, że nie jest znawcą, ale w piwnicy dziadka znalazł, było przechowywane odpowiednio („Trzymane w skrzynce, to pewne”) i na koniec delikatna sugestia, że za rozsądne pieniądze można by o tym winie pogadać: „Zastanawiam się, czy pić, czy może jest coś warte?” albo „Gdyby ktoś chciał, odstąpię, oferty na priv”, albo „Witam wszystkich, dzisiejsze znalezisko, na pewno z 1945 roku. Potwierdzają to inne rzeczy z tamtych lat. Piłem trochę tego w prostokątnej butelce i jest dobre, ale nie jestem w stanie powiedzieć, co to za alk. Jak myślicie, pić czy nie pić ? A może ktoś chętny do zakupu?”. Z reguły jest też dopisek z prośbą, aby „dowcipni powstrzymali się od komentarzy”. Ta prośba, niestety, to jak rzucanie grochem o ścianę, choć trzeba przyznać, że stały bywalec grupy, redaktor Tomasz Prange-Barczyński, stara się komentować spokojnie, rozważnie i merytorycznie. Tylko w skrajnie nierokujących przypadkach pozwala sobie na krótkie: Zed’s dead.
W dniu, kiedy mój syn kończył osiemnaście lat, byłam dwa tysiące kilometrów od niego, w Bordeaux. Miałam wyrzuty sumienia, wymyśliłam więc, że kupię mu wyjątkowy prezent: osiemnastoletnie wino. Co tam, niech kosztuje, ile chce.
To nie był dobry rocznik…
– Dziewięćdziesiąty drugi? To nie był dobry rocznik – skrzywił się wytworny pan w sklepie LʼIntendant Grands Vins de Bordeaux. – Niech pani sobie daruje, jest mnóstwo innych znakomitych butelek. Uparłam się jednak, dzięki czemu za jedyne 76 euro weszłam w posiadanie Château Ducru-Beaucaillou, to drugie grand cru classé z Saint-Julien. – Szanowna pani – sprzedawca pochylił się do mnie konfidencjonalnie, kiedy już opłacona i opatulona w folię bąbelkową butelka trafiła do mojej walizki. – Pozdrowienia dla syna, szkoda, że nie zdecydowała się pani na dziecko wcześniej, w 1990 albo trochę później, w 1996. Ech, to były naprawdę niezłe roczniki. A w tej sytuacji, hmm, niech chłopak nie czeka za długo, tylko pije tego juliana jak najszybciej, dobrze pani radzę…
Wiecie, jaką minę ma ktoś, kto dostanie nietrafiony prezent i musi się z niego ucieszyć? Mój syn miał właśnie taką, kiedy odpakował prezent i zobaczył, że to nie konsola PlayStation 3 (w tym czasie mroczny przedmiot pożądania wszystkich graczy), a butelka o charakterystycznej brzydkiej etykiecie, żółtej z brązowym. Wyraził jednak stosowną radość, gdyż był dobrze wychowany, po czym wsadził wino do szafy. Przez kilka kolejnych lat nieszczęsny święty Julian leżał zapomniany, ściśnięty gdzieś między T-shirtami i skarpetkami, stopniowo tracąc zdrowie, życie i resztki godności. Jednak kiedy mój dzieciak wyprowadzał się z domu, nieoczekiwanie sobie o nim przypomniał i zabrał go ze sobą, wtedy już dwudziestokilkuletniego. Wino stanęło na honorowym miejscu w jego miniaturowej kuchni w przestrzeni między płytą elektryczną czteropalnikową a lodówką.
Warunki, w jakich Julian przebywa obecnie, są ekstremalne – stoi wyprostowany, przez większą część doby oświetlony podszafkową lampką, raz otulony zapachem chili con carne, innym razem zanurzony w oparach jajecznicy na bekonie. O temperaturze 12‒14 stopni i wilgotności 65‒80 proc. może zapomnieć, tak samo jak o ciemności, spokoju i braku wstrząsów.
Zed’s dead?
Cóż – trzydziestotrzyletni dziś Julian to rzeczywiście raczej trup, Zed’s dead. Ciekawe tylko, od jak dawna pozostaje w tym stanie. Może nie żył już wówczas, w Bordeaux, piętnaście lat temu, kiedy go wynosiłam ze sklepu? Może też zmarł cichutko wkrótce potem, w ciemnościach szafy nastolatka? A może też bronił się dzielnie, żeby wyzionąć ducha dopiero niedawno, w sąsiedztwie kuchenki? Chciałabym to wiedzieć.
A jeśli jednak – przypuśćmy, tylko przypuśćmy – Julian wciąż żyje? Rozmawiałam o tym z synem. Otwórzmy, przekonywałam, sprawdzimy, najwyżej wylejemy. Nawet nie musimy otwierać tak naprawdę, po prostu nakłujemy go coravinem i spróbujemy odrobinkę, weźmiemy z butelki tyle, ile pielęgniarka pobiera krwi na morfologię, ciut-ciut. I już będziemy wiedzieć.
Ale nie, syn się najwyraźniej do swojego rówieśnika Juliana przywiązał. Młodych ludzi otaczają rzeczy nietrwałe, szybko przemijające; dobry sprzęt, dziś najnowszej generacji, jutro będzie przestarzały, wejdzie kolejna modna gra, którą trzeba mieć, kolejny gadżet, bez którego nie da się żyć. Stara konsola PlayStation 3 pójdzie na złom, ustępując pola wersji numer 5 czy 29. Trzydziestotrzyletnia bordoska butelka pozwala spojrzeć wstecz, jest jakimś elementem osadzonym w czasie, ma swoją historię, opowiada o kolejnych pokoleniach ludzi. Nawet jeśli dziś w środku jest już tylko skwaśniały stary dziad.
Ale dopóki będzie nienaruszona, pewności nie ma. Może tak być, że mój syn kiedyś wreszcie otworzy swoje wino, a tu niespodzianka, żaden trup, tylko żywy i dziarski Pan Julian, z elegancko przystrzyżoną bródką, w nieco staromodnym tużurku, pachnący dymem z cygara, nalewką na wiśniach i skórzanym portfelem. No, stary, wreszcie się doczekałem, powie. Dawaj szkło! I steka! Albo trufle!
Może dlatego nie otwiera?
Ten felieton ukazał się pierwotnie w książce Słowa o winie.
