Nawet najlepsza lokalna odmiana winorośli potrzebuje swojego mecenasa. Trudno wyobrazić sobie dzisiejszą pozycję umbryjskiego sagrantino bez Arnaldo Capraiego. Winiarz z Montefalco odszedł 4 stycznia br. w wieku 92 lat.
Tomasz Prange-Barczyński, fot. Arnaldo Caprai (na zdjęciu: Winnice Arnaldo Capraiego)
Byli tacy, którzy twierdzili, że sagrantino przywieźli do Umbrii w średniowieczu bizantyjscy mnisi z terenów dzisiejszej Grecji. Albo franciszkanie – z Azji Mniejszej. Nie brak zwolenników koncepcji, że chodzi o tę samą odmianę co itriola, opisana jeszcze przez Pliniusza Starszego. Wielu wskazuje na święty charakter szczepu, szukając powiązań między słowami sagrantino a sacro (święty) czy sagrestia (zakrystia). To jednak tylko hipotezy. Zdaniem współczesnych ampelografów już pod koniec XIX wieku miejscowi uznawali, że odmiana jest bardzo stara i ma swe korzenie w okolicach Montefalco, między Perugią a Spoleto, w sercu Umbrii. Trudno dziś uwierzyć, biorąc pod uwagę dawną i współczesną sławę szczepu, że sagrantino jeszcze w latach 60. poprzedniego stulecia znalazło się na krawędzi istnienia. Kto wie, co by się z nim stało, gdyby nie Arnaldo Caprai.
Arnaldo Caprai: z tekstyliów do wina
Urodził się w 1933 roku w Turynie, ale to w Umbrii, pod Foligno założył swoją dobrze prosperującą firmę. Jak przystało na Włocha – tekstylną. I jak niejeden z włoskich przedsiębiorców, w wieku 38 lat postanowił dodatkowo „sprawdzić się” w winiarstwie, czy też szerzej, przynajmniej na początku – w rolnictwie.
Kupił gospodarstwo w Val di Maggio, niedaleko Montefalco. Z początku farma dawała wiele różnych plonów, a winnica liczyła niewiele ponad 2,5 hektara. Za to była obsadzona sagrantino. Poza Umbrią w tamtym czasie mało kto słyszał o ultratanicznej, dającej niemal czarne wina odmianie. Arnaldo wiedział jednak, że szczep ma długą historię i zawsze uchodził w regionie za szlachetny. W 1988 roku za winiarnię uczynił odpowiedzialnym swego utalentowanego syna Marco. Caprai zaczęli współpracę z Uniwersytetem Mediolańskim, dzięki czemu mogła powstać największa na świecie baza danych dotycząca miejscowej odmiany. Badania i eksperymenty stały się podstawą filozofii rodzinnej winiarni. Wina zaś przestały przypominać to, z czym w Umbrii (i tylko tam, bo butelki rzadko opuszczały region) kojarzyło się sagrantino, czyli… ze słodyczą.
Naśladowcy
Z czasem ojciec i syn znaleźli w okolicach Montefalco naśladowców i kibiców. A także rzeszę winiarzy, którzy, podążając za Capraimi, uwierzyli w sagrantino. W 1992 roku z lokalnej apelacji DOC Montefalco wyodrębniła się DOCG Sagrantino di Montefalco. W 2009 roku przemianowana została na Montefalco Sagrantino. Liczy 374 ha, a miejscowe konsorcjum skupia teraz ponad 60 producentów.

Tymczasem winiarnia Arnaldo Capraiego rozrosła się do 160 ha winnic położonych nie tylko w DOCG Montefalco Sagrantino i DOC Montefalco, ale też w sąsiednim DOC Colli Martani. Portfolio liczy 25 etykiet, od spumante robionego metodą tradycyjną z pinot noir, po skoncentrowane słodkie Sagrantino Passito. Z osobą zmarłego Arnaldo Capraiego kojarzyć się będą jeszcze przez długie lata ikoniczne wina z sagrantino: elegancko utemperowane Collepiano, dojrzewające 22 miesiące w baryłkach z francuskiego dębu, oraz stworzone w 1993 roku ekspresyjne i skoncentrowane 25 Anni, wypuszczone na rynek z okazji ćwierćwiecza istnienia firmy.

Gdy winiarnia zbliżała się do „pięćdziesiątki” zrodził się pomysł kolejnej etykiety, 50 Anni. To sagrantino dojrzewające aż 8 lat w butelce. Na szczęście Arnaldo doczekał premiery pierwszego rocznika 2016. O jego śmierci, poza serwisami winiarskimi napisały wszystkie włoskie dzienniki. Il Messaggero przypomniało nawet, że Sagrantino di Monteflaco było serwowane na ślubie Catheriny Zeta-Jones i Michaela Douglasa w 2000 roku.
Nie tylko sagrantino
Miałem niewątpliwą przyjemność wielokrotnie degustować wina Arnaldo Capraiego, a w winiarni w Torre pod Montefalco rozmawiałem z jego synem Marco. W pamięć zapadł mi jednak długi, bardzo nieformalny wieczór w jakimś sensie uratowany przez bohatera tego nekrologu.
W 2005 roku znalazłem się z dwiema bliskimi mi osobami w uroczym eksperymentalnym frantoio pod Spoleto. Przez cały dzień śledziliśmy tam proces powstawania oliwy z oliwek, z której ten zakątek Umbrii słynie. Program zakończyła kolacja, potem większa część gości została odwieziona do hotelu w pobliskim mieście. Nasza trójka, zakwaterowana na miejscu, zapragnęła zaś jeszcze przez chwilę przedłużyć ów znakomity wieczór. Niestety, frantoio oferowało jedynie pokoje gościnne. Po zakończonym posiłku obsługa pojechała do domu. Żadnego baru na miejscu, ani w okolicy. Dom był położony, owszem, pięknie, jednak na odludziu. I kiedy spodziewaliśmy się zostać tylko o wodzie, w kuchennej lodówce znalazła się butelka… świeżego, nasyconego owocem i znakomicie strukturalnego, przy tym uroczo prostolinijnego Grecante, czyli grecchetto z Colli Martani, naturalnie od Arnaldo Capraiego. Paradoksalnie to właśnie do tej skromnej flaszki mam największy sentyment i wspomnę przy niej Arnaldo przy najbliższej okazji.
