Skip to content Skip to footer

Pierangelo Tommasi: grunt to rodzina [wywiad]

Tommasi to liczna familia zarządzająca potężnym winiarskim biznesem. Serce firmy należącej do prestiżowego stowarzyszenia Famiglie Storiche dell’ Amarone bije w Pedemonte, w Valpolicelli Classico, jednak rodzina robi dziś wino w wielu innych regionach Włoch. Rozmawiamy z Pierangelo Tommasim, dyrektorem zarządzającym Tommasi Wine Estates.

rozmawiał: Tomasz Prange-Barczyński; fot. Tommasi
Tomasz Prange-Barczyński: Wszyscy członkowie familii są zaangażowani w przedsiębiorstwo pod szyldem Tommasi. To jeszcze rodzinna firma czy już rodzinna korporacja?

Pierangelo Tommasi: Byliśmy firmą rodzinną, teraz jesteśmy rodziną, która zarządza firmą. To z pozoru te same słowa, jednak znaczą co innego. Rozrośliśmy się, jesteśmy grupą kilku biznesów, którymi trzeba zarządzać. Pracujemy razem od blisko 30 lat. Każdy z nas dorósł do swej roli, wie, co ma robić, teraz trzeba tylko utrzymać drużynę razem, tak by wszystko przebiegało gładko. Oczywiście dyskutujemy – a ponieważ wszyscy mamy DNA rolników, te dyskusje bywają bardzo intensywne. Ale pracujemy ze sobą nie od wczoraj, nie od tygodnia. To, do czego doszliśmy, jest efektem współpracy i tego, że jesteśmy sobie bliscy.

W firmę Tommasi zaangażowanych jest dziewięć osób: sióstr, braci i kuzynów / fot. Tommasi
Jak to było na początku? Jak z podwórkową drużyną piłkarską? Tata powiedział – ty będziesz bramkarzem, a ty napastnikiem?

Nie, każdy z nas miał wyobrażenie, co chce robić dla firmy. Oczywiście, ojciec odegrał rolę lidera, starał się wspierać nasze wybory, ale np. Giancarlo już jako chłopak wiedział, że chce zostać winiarzem. Dlatego kształcił się w szkołach enologicznych, najpierw średniej, potem na uniwersytecie. Ja z kolei uczyłem się od młodości czterech języków, lubiłem podróże, więc kiedy dołączyłem do rodzinnego przedsiębiorstwa, dostałem szansę, by zajmować się eksportem. I to była moja pierwsza praca. Z czasem przychodziły kolejne zadania. Dziś jestem dyrektorem zarządzającym Tommasi. Jeden z kuzynów świetnie zna się na sprzedaży, ale nie podróżuje za granicę, bo nie nauczył się wystarczająco dobrze angielskiego – pracuje więc na rynku lokalnym. Następny zajął się hotelarstwem i studiował w tym kierunku. Dziś zarządza m.in. naszym hotelem Villa Quaranta w Ospedaletto, w Valpolicelli. Wkrótce chcemy otworzyć kolejny w DOC Lugana. Jest nas dziewięcioro: sióstr, braci, kuzynostwa. Wszyscy jesteśmy częściami jednej układanki.

Villa Quaranta Tommasi Wine Hotel & Spa w Ospedaletto / fot. Tomasz Prange-Barczyński
Należy pan do czwartego pokolenia Tommasich – winiarzy.

Wszystko zaczęło się od Giacomo, który kupił niewielką parcelę w rejonie Valpolicella Classico w 1902 roku, a 18 lat później dzierżawił już 10 ha winnic, które stały się własnością rodziny w 1940. Jednak pierwsze amarone rodzina zrobiła dopiero dziewiętnaście lat później. W 1970 roku wysłaliśmy po raz pierwszy wino za granicę. Wreszcie, w 1997, do firmy weszła moja generacja. Wtedy też powstała marka Tommasi Wine Estates, a my wychyliliśmy nos poza własny region.

Winnice powyżej Sant’Ambrogio di Valpolicella
Jesteście dziś obecni niemal w całych Włoszech. Skąd się wziął pomysł, by zrobić pierwsze wino poza matecznikiem rodziny Tommasi? I jak dzisiaj wybieracie kolejne projekty?

Rodzina jest duża i od dawna wiedzieliśmy, że musimy zrobić coś także poza granicami Veneto. Werona w pewnym momencie stała się dla nas za mała; rodzinna firma nie mogła się rozwijać tylko tu. Gdzie zatem ruszyć? To była też kwestia ambicji. Wiedzieliśmy, że najbardziej prestiżowym regionem winiarskim we Włoszech jest Toskania. Tę część Italii ludzie znają na całym świecie, to doskonałe miejsce, by rozpocząć ekspansję. Marzyliśmy o Montalcino, ale w 1997 roku nie było nas na nie stać. Dlatego na początku zdecydowaliśmy się na Maremmę.

Nauczyliśmy się robić wino poza Veneto, nauczyliśmy się też prowadzić firmę poza domem. I znów, wiedzeni ambicją, patrząc na rosnące możliwości finansowe, ruszyliśmy na południe, do Apulii, by uzupełnić układankę o kolejny puzzel. Mieliśmy misję i każdy następny projekt wiązał się z pytaniami: czego nam brakuje, czego potrzebujemy, gdzie chcemy być.

Pierwsze było zatem Poggio al Tufo w Maremmie. Potem Masseria Surani w Apulii. Gdzie są pozostałe posiadłości?

W 2013 roku otworzyliśmy Caseo w Oltrepò Pavese, w Lombardii, gdzie z pinot noir i chardonnay produkujemy wina musujące metodą tradycyjną. W 2016 trafiliśmy do Bazylikaty. Jesteśmy partnerami w winiarni Paternoster, u stóp Monte Vulture, gdzie, oczywiście, robimy aglianico. W samym Veneto, na granicy z Lombardią, inwestujemy w DOC Lugana. Na razie zwiększamy produkcję dwóch etykiet Le Fornaci, ale budujemy też dla naszej lugany osobną winiarnię. Jak już wspomniałem, w 2024 chcemy obok niej otworzyć hotel.

W końcu trafiliście też do Montalcino.

Dokładnie 18 lat po pierwszym rekonesansie. Sen stał się rzeczywistością. Cała posiadłość liczy 53 ha, z czego winnice zajmują 22 ha. Leży w południowej części apelacji DOCG Brunello di Montalcino, ok. 480 m n.p.m., między SantʼAngelo in Colle i SantʼAntimo, z widokiem na Monte Amiata. Naszymi sąsiadami są Antinori i Gaja. Obok klasycznego rosso i brunello robimy tam też riservę z pojedynczej winnicy Colombaiolo. Rośnie tam na 6 ha trochę międzynarodowych odmian, z których można robić wina DOC Sant’ Antimo, ale w Montalcino chcemy zajmować się wyłącznie sangiovese. Zagraniczne szczepy mamy w Maremmie.

Widzę na mapie Włoch białą plamę: Piemont.

Nie! (śmiech) Mówię: nie, ale mam ku temu powody. Jeśli porywasz się na inwestycję w nowym regionie, musisz zacząć od co najmniej 10 hektarów winnic. W żadnej z czołowych piemonckich apelacji nie ma dziś na sprzedaż takiego areału. W dodatku musi to być ziemia warta swej ceny. Jeśli chcielibyśmy kupić winnicę w Langhe, szukalibyśmy naprawdę dobrej lokalizacji, nie chodzi nam o cokolwiek w Langhe.

Mogę natomiast powiedzieć, że wkrótce będzie kolejny projekt Tommasi. Pracujemy nad nim od kilku lat. To Umbria.

Sagrantino?

Na razie okolice Orvieto. Ale zobaczymy… Niemal każda z naszych winiarni nadal się rozwija, wszędzie inwestujemy – w produkcję, rozpoznawalność marek, dystrybucję. Gdy patrzę na De Buris, a zwłaszcza na Cassisano, mam wrażenie, że dokonaliśmy tam cudów. Owszem, to wspaniała posiadłość, ale sześć lat temu marka była kompletnie nieznana. Dziś jest inaczej. Chcemy wprowadzić Cassisano na kolejny, wyższy poziom – to wymaga czasu, uwagi, wysiłku. Otwieranie kolejnych winiarni to nie kupowanie znaczków. Musimy być ostrożni.

Ekologia to dziś gorący temat w winiarstwie. Mimo to tylko niewielki procent włoskich winiarni ma odpowiednie certyfikaty i w ogóle interesuje się problemem. Jak do tej kwestii podchodzi rodzina Tommasi?

To temat na osobną rozmowę. Temat jest rzeczywiście wrażliwy. Ujmując rzecz w skrócie – na razie uprawiamy nasze winnice w sposób zrównoważony. Kolejny etap to uprawa ekologiczna. W niektórych miejscach już ją stosujemy, ale nie wszędzie. To, że wierzysz w uprawę ekologiczną, nie oznacza jeszcze, że od razu możesz ją stosować. Jesteśmy eko w Bazylikacie, w Paternoster. Prawdę mówiąc, ten typ uprawy stosowany był tam, jeszcze zanim kupiliśmy posiadłość. Ale to 600 m n.p.m., gleba wulkaniczna – jest łatwo. Podobnie De Buris – to nasza najwyżej leżąca parcela w Valpolicelli, idealna do uprawy ekologicznej. Niestety, w niższych partiach nie zawsze jest to możliwe.

Długofalowy plan jest taki, by krok po kroku konwertować winnice tam, gdzie jest to możliwe. Nie możemy podążać za rynkowymitrendami, jeśli w nie w pełni nie wierzymy. Nie czuję też potrzeby, by np. na etykiecie De Buris widniał ekologiczny certyfikat.

Trudno nie odnieść wrażenia, że w ostatnich latach producenci w Valpolicelli mocniej wspierają pewne kategorie win, jak ripasso czy amarone, a zapominają nieco choćby o podstawowej valpo.

To nie jest przypadek Tommasi. Naturalnie, musimy patrzeć na to, co się dzieje na świecie, jednak wszystkie kategorie są dla nas równie ważne. Jeśli zaczynamy pracę na nowym rynku, zawsze wchodzimy z trójką: valpolicella, ripasso, amarone. To jest pełen obraz naszej winiarni, a jednocześnie trzy różne kategorie cenowe. Nie ma więc mowy, żebyśmy skupiali się na jednym, a odpuszczali drugie.

Do tego portfolio dołączyło wino szczególne: długo starzone amarone z wyjątkowej winnicy. Czym jest De Buris?
fot. Tomasz Prange-Barczyński

W 2000 roku udało się nam kupić niewielką parcelę La Groletta. To część legendarnego siedliska La Grola w zachodniej Valpolicelli Classico. Na niecałych dwóch hektarach rośnie tam klasyczny zestaw lokalnych odmian: corvina, corvinone, rondinella i oseleta. Przez pierwsze osiem lat Giancarlo eksperymentował. Uznał, że dopiero rocznik 2008 spełnia jego oczekiwania. Wino zaprezentowaliśmy 12 października 2018 roku, po dziesięcioletnim dojrzewaniu. Sprzedajemy je jako osobny projekt, 7‒8 tysięcy butelek w roczniku. Do tej pory wypuściliśmy trzy: 2008, 2009 i 2010. Na pewno będą 2011 i 2012, nie będzie natomiast 2014, choć ze względu na stosowaną metodę produkcji appasimento, roczniki w Valpolicelli nie mają aż tak kluczowego znaczenia, jak np. w Montalcino.

Powiedział pan na początku naszej rozmowy, że macie rolnicze DNA. Jaki jest w związku z tym styl win Tommasi?

Myślę, że najlepiej mówią o tym same wina – chcemy je robić tak, by były wypijane, a nie tylko degustowane. Oczywiście, zależy nam na wysokiej jakości, ale to tylko jeden z elementów. Na każdym poziomie cenowym, w każdej kategorii, wina muszą być adekwatne do tego, czym są – inaczej w przypadku podstawowej valpolicelli, inaczej przy amarone z pojedynczej parceli – zawsze jednak ludzie mają odczuwać przyjemność, gdy je piją. Oczywiście, nie może być tak, że jakiś techniczny defekt spowoduje, że w ogóle nie będą chcieli pić naszych win. Jedne mogą im smakować bardziej niż inne – nam jednak zależy na tym, aby chcieli sięgnąć po drugi kieliszek, bez względu na to, czy próbują klasycznej valpo, czy De Buris.

Przyznaję, że w czasie zorganizowanej z przepychem premiery De Buris byłem zdumiony, widząc, jak całą familią odgrywacie rolę sommelierów i przez cały wieczór nalewacie wino 250 gościom. Grunt to rodzina?

Rodzina to nasza siła – coś, co czyni nas wyjątkowymi, budzi szacunek. Coś, za co jesteśmy doceniani na całym świecie.


Wywiad pierwotnie ukazał się w 19 numerze Fermentu. Przed ponowną publikacją został zaktualizowany. Więcej wywiadów z winiarzami z kraju i z zagranicy znajdziecie na portalu Ferment Mag w zakładce Ludzie.

Czy masz ukończone 18 lat?

Ta strona przeznaczona jest tylko dla osób pełnoletnich.

Wchodząc na stronę akceptujesz naszą Politykę prywatności.

E-mail
Password
Confirm Password