Nawet jeśli Polacy wciąż kochają primitivo (?), producenci z Apulii muszą radzić sobie z faktem, że coraz mniej ludzi chce pić ciężkie czerwone wina o zawartości alkoholu grubo przekraczającej 15 proc. I robią to w sposób udany.
Tekst i zdjęcia: Tomasz Prange-Barczyński

Wakacje na Półwyspie Salentyńskim mają dużo uroku. Wybrzeże między Otranto a Leucą, gdzie mieszają się wody Adriatyku i Morza Jońskiego, jest zwykle skaliste, co kanalizuje ruch wczasowiczów. Wypoczywają tu w olbrzymiej większości Włosi, którzy – to moja prywatna i nieudowodniona, bazująca wyłącznie na obserwacjach teza – zwykle nie potrafią pływać, unoszą się więc od świtu do zmierzchu na wodzie w nielicznych łatwiej dostępnych zatoczkach i perorują o potrawach, z których składała się ich wczorajsza cena, oraz o tym, co za chwilę przygotują na pranzo.
W barach częściej niż wino widać na stołach butelki z piwem i charakterystyczne kielichy wypełnione jaskrawopomarańczowym spritzem. Co nie zmienia postaci rzeczy, że bianco i rosato jednak się tu pije i sprzedaje. Przez tydzień pobytu w Apulii nie zauważyłem natomiast choćby jednej osoby sączącej rosso.


Marina di Andrano, niewielki kurort blisko Leuki, nie posiada specjalistycznej enoteki. Ba, nie ma tu nawet piekarni. Po większe zakupy trzeba jeździć w interior, do Andrano. I choć w lokalnym barze zauważyłem zacną franciacortę, najbardziej rozpoznawalne trento doc, a nawet niebanalną etykietę jednego-ze-znanych-ale-nie-tego domu szampańskiego, turysta skazany jest raczej na ofertę hipermarketu. Dział z musami zdominowany niemal całkowicie przez prosecco. W winach spokojnych pojedyncze butelki z Alto Adige, Piemontu, nieco więcej z Sycylii i Abruzji, na ogół jednak Apulia. Fiano, verdeca, minutolo… Ceny tych lokalesów wahają się od 4,99 do 7,99 euro.
W dziale z różem zatrzęsienie etykiet. Dominuje winifikowane jako intensywne rosato primitivo, ale nie brak też negroamaro czy susumaniello. To ostatnie daje wina znacznie jaśniejsze, mniej nasycone, bardziej w prowansalskim stylu, niż wymienione wcześniej najbardziej typowe dla Salento szczepy. Rejestr cen podobny. Do tego – w obu kolorach niezła selekcja trzylitrowych bag-in-boxów – po 6,99 i 9,99.

A wina? Najlepiej charakteryzują je dwa określenia: niezwykle korzystna relacja jakości do ceny oraz pijalność adekwatna do wakacyjnych nastrojów. Czyli: smaczniutkie. Naprawdę zaskoczyła mnie zaś karta win w bardzo prostej miejscowej trattorii – wydrukowana, a jakże, na jednej zafoliowanej na sztywno kartce. Obok raczej korzystnych cen (20-25 euro za butelki, które w sklepie kosztują 12-17) uwagę przyciągnęły podane wytłuszczonym drukiem informacje o zawartości alkoholu każdego wina – zwłaszcza wśród białych i różowych nie przekraczającej raczej 13 proc., często niższej. Było też kilka win z czerwonych odmian winifikowanych na biało – przede wszystkim z bombino nero i negroamaro (bardzo żałuję, że nie trafiłem na ani jedną flaszkę blanc de noirs z lambrusco maestri).

Wydaje się więc, że w drugim po Veneto największym pod względem wolumenu produkcji regionie winiarskim Włoch (między 6 a 10,8 mln hektolitrów wina rocznie, a więc od 15 do 20 proc. produkcji całego kraju) udaje się może nie tyle rozwiązać problem nadprodukcji coraz gorzej sprzedających się ciężkich win czerwonych, co przynajmniej nieco go zniwelować. Według lokalnych źródeł w piwnicach apuliańskich producentów zalegają miliony hektolitrów niesprzedanego rosso, i to zarówno win wysyłanych w świat luzem, jak i tych z chronioną nazwą pochodzenia – IGT/DOC(G).
Jeśli rosato i blanc de noirs mogą pomóc w ich dystrybucji – tym lepiej. Jako urlopowicz bardzo je sobie chwaliłem.
