Skip to content Skip to footer

Burgery i barolo, czyli jakie wino do fast foodu?

Wino jest kontemplacyjne, fast foody – natychmiastowe. Jeśli jednak starszy specjalista do spraw księgowości i aktorka burleski spotkają się na Tinderze i odkryją, że od zawsze byli dla siebie stworzeni – życzmy im szczęścia.

Inka Wrońska, fot. Eiliv Aceron / Unsplash

Jeszcze do niedawna pomysł łączenia wina z fast foodem wydawał się kiepskim żartem. Dwa światy, dwa zbiory rozłączne bez żadnych punktów wspólnych. Do pizzy z szybką dostawą można było wypić piwo z dyskontu (najlepiej nabyte w promocji), no, ale nie barolo. Nie szampana.

Niedawno temu gumka odrobinę się poluzowała. Ktoś, kiedyś, przy jakiejś okazji zauważył, że chablis pasuje nie tylko do ostryg z Arcachon. Także do śledzia z cebulką i do smażonego makaronu z chińskiego baru na wynos. Naturalną koleją rzeczy u następnych eksperymentatorów zakiełkowała myśl o popiciu McRoyala piemonckim barolo. Do podania grenache z Domaine de la Solitude w towarzystwie quesadilli z ostrą salsą. Padło: sprawdzam. I nic, i świat się nie zawalił.

Wino, które do tej pory porozumiewało się z jedzeniem konserwatywnym językiem starego świata arystokracji, znudziło się monotonią tej rozmowy. Zaczęło gadać z parweniuszami, wchodzić z nimi w miłosne związki – i romans ten okazał się ekscytujący.

Dwa światy

Związek jednego z drugim nie jest wszakże niczym nowym. I wino, i fast foody są populistyczne w swoich korzeniach. Wino nie zawsze było napojem elit – nie tłoczyli go wszak ani biskupi, ani książęta, tylko chłopi. Fast food wymyślono dla robotników, żeby mogli zjeść coś solidnego w drodze do pracy. W biegu, bez stołu, talerza, bez serwetki rozłożonej na kolanach.

Bieg historii sprawił, że drogi wina i fast foodu rozeszły się. Jedno zostało zakodowane jako proletariackie, drugie stało się udziałem klasy wyższej. Ale to była wyłącznie kwestia konwencji, marketingu, nie zaś smaku. Kaprys historii, nie przeznaczenie.

Dziś drogi te znowu się zbiegają. Jest jakaś przewrotna rozkosz w obserwowaniu, jak sacrum i profanum zapraszają się wzajemnie do tańca. Zrazu nieśmiało, potem z coraz większą przyjemnością. Tłuszcz, sól i białko nie przejmują się różnicami klasowymi, wino nobilituje burgera, burger demokratyzuje wino. Gdy dwa pozornie odległe światy zaczynają nachodzić na siebie, powstaje trzeci, niekiedy zaskakująco harmonijny.

ryc. Riswan Ratta / Unsplash

Bo o to właśnie chodzi w łączeniu wina z fast foodem. Przekłuć balonik, pośmiać się z własnych pretensji, a przy okazji dać sobie odrobinę prostego szczęścia.

Wyobrażam sobie taką sytuację przy drive-through w KFC. Z okienka wychyla się miła dziewczyna w bejsbolówce z logo firmy, podaje czerwono-biały kubełek z portretem pułkownika Sandersa na froncie. Towarzyszący jej sommelier w garniturze zachęca: „Do pikantnych skrzydełek radziłbym rieslinga off-dry, szanowna pani, świetnie złagodzi ostrość”.

To genialny pomysł, odpowiadam.


Wino i kurczak z KFC

Kubełek KFC w dostawie: 30 pikantnych stripsów, 4 razy frytki, dwa dipy. Ku temu, zamiast coca-coli (Nie wylewać! Sprawdzi się przy odrdzewianiu łańcucha od roweru) podamy dobrze schłodzone wytrawne wino musujące, najlepiej rosé. Kwasowa rześkość i wyraźna owocowość różowej cavy, prosecco – niechby i szampana, a co tam! – szoruje po języku, podkreśla chrupkość panierki i zmywa z podniebienia nadmiar tłuszczu. Przenosi nas w trzeci wymiar smaku, w krainę nieodkrytej gastronomii.

Wino i hot dog

ryc. Riswan Ratta / Unsplash

W swojej podstawowej formie hot dogi to jedzenie dla dzieci. Miękka bułka, miękka kiełbaska, czerwony wężyk ketchupu, który spaja wszystko w uśmiechniętą całość. Natomiast wino (dozwolone wszak od lat osiemnastu!) jest dorosłe, ma w sobie powagę, wręcz doniosłość. Połączyć te dwie rzeczywistości – to jak zaprosić klauna na seminarium z filozofii. Podejmując wyzwanie i odrzucając uprzedzenia, zamiast piwa podajemy więc do hot doga lekkie wino czerwone. Niechby pinot noir albo młode beaujolais. I dzieje się kulinarny cud. Taniny w winie łagodnieją w połączeniu z tłuszczem, tłuszcz podbija owocowość wina, kiełbaska ubiera się w dostojność. Wino staje się przystępniejsze, nad wszystkim zaś wzlatuje duch demokracji. A jeśli naszego hot doga ubogacimy dodatkiem jalapeño, czerwonej cebuli i dymnego sosu BBQ, może konieczne będzie otwarcie długo przechowywanego w piwniczce syrah z Barossa Valley o leciutko dymnym posmaku. Nada się też rioja od Marquésa de Murriety.

Wino i frytki

ryc. Riswan Ratta / Unsplash

Frytki plus piwo, frytki plus cola, to brzmi jakoś tam normalnie. Ale myśl o frytkach w kontekście wina wydaje się niemal tak absurdalna, jak holenderski dyrygent André Rieu kierujący strażacką orkiestrą z Lipnicy Dolnej. (Może po prostu jeszcze nikt nie złożył mu propozycji?)

W 2019 roku Marie-Christine Osselin, menedżerka ds. jakości wina i komunikacji w Moët & Chandon, udzieliła wywiadu The Drinks Business. Zapewniła w nim, że delikatne bąbelki i szczypiąca kwasowość szampana absolutnie cudownie pasują do słoności, tłustości i chrupkości frytek. Pod jednym wszakże warunkiem – że jest to związek dwojga, a nie ménage à trois. „Jeśli posypiesz frytki parmezanem, szampan odpada” – ostrzegła.

Nie tylko szampan kocha łamać zasady. Interesujące wydają się także romanse frytek ze spokojnymi winami o wysokiej kwasowości, takimi jak muscadet czy sancerre. Polecam sprawdzić w wolnej chwili.

Wino i pizza

ryc. Ogie / Unsplash

Akurat to połączenie nie jest zaskakujące. Wino i pizza od zawsze trzymały się razem, mówiły i mówią tym samym dialektem kulinarnym. Problem w tym, że w większości pizzerii z reguły podawane jest proste vino della casa na kieliszki i karafki. Owszem, della casa w Kampanii może faktycznie znaczyć wino z własnej winnicy właściciela trattorii. Jakieś domowe piedirosso, aglianico, falanghinę czy greco. Trudno jednak liczyć na taki cud w Polsce, w pizzerii przy krajowej dziesiątce na wysokości Sierpca. Tu della casa należałoby odczytywać jako kartonello z pobliskiego dyskontu, wcale niekoniecznie włoskie, najczęściej tanie hiszpańskie lub portugalskie.

Jeśli jednak zamawiasz pizzę do domu, wcale nie masz obowiązku popijania jej winem najtańszym i najgorszym. Margarita ucieszy się z dobrego sangiovese (najlepiej w formie młodego chianti classico). Dogada się z piemoncką barberą, garnachą z Aragonii czy pinot noir od Kamila Barczentewicza. W upał zawoła o miłe rosé z Prowansji lub pinot grigio z Alto Adige. Pepperoni będzie się raczej skłaniało ku winom o pełniejszym ciele. Wybierze syrah, zinfandela, merlota czy malbeka, niestraszne będą mu nawet nero d’avola czy cabernet franc. Do quattro fromaggi niech idzie natomiast coś orzeźwiającego, co oczyści podniebienie z serowej tłustości. Od dowolnych bąbelków extra brut, najlepiej robionych metodą klasyczną, przez wytrawne lambrusco z Sorbary, po rześkie młode sauvignon blanc, albariño czy grüner veltlinera. Capricciosa, pizza, zgodnie z nazwą, kapryśna, przyjmie lub odrzuci dowolne wino. Najrozsądniej zatem będzie podać ku niej szampana, który, jak wiadomo, pasuje do wszystkiego.

Fast food i wino: w poszukiwaniu smaku

Świat fast foodów jest znacznie bogatszy. Szanowni Czytelnicy z pewnością sami znajdą właściwą butelkę pasującą do ulubionego burgera, pad thaia czy wręcz staropolskiego kebaba. Kojarzenie w pary wina i jedzenia – a raczej akceptacja mezaliansów – przypomina bowiem fascynujący socjologiczny spektakl. Przy odrobinie szczęścia zbierzecie owacje na stojąco.


Ten artykuł ukazał się pierwotnie w magazynie Ferment. Pismo o winie, którego tematem przewodnim była Uważność.

Czy masz ukończone 18 lat?

Ta strona przeznaczona jest tylko dla osób pełnoletnich.

Wchodząc na stronę akceptujesz naszą Politykę prywatności.

E-mail
Password
Confirm Password