Sprawdzając ofertę Kauflandu obejmującą wina bezalkoholowe (na razie wciąż jeszcze skromną), zdjęłam z półki trzy różne butelki – jedną z winem musującym i dwie z winami spokojnymi: białym i czerwonym.
Inka Wrońska
Trend NoLo trzyma się znakomicie. Praktycznie nie ma już sklepu z winem, który nie sprzedawałby win bezalkoholowych – i nie chodzi tu wyłącznie o sklepy specjalistyczne, ale także o te wielkopowierzchniowe, gdzie wino stanowi jedynie znikomą część oferty. Rośnie liczba konsumentów, którzy takich win poszukują, rynek stara się więc nadążyć za popytem. Problem nie tkwi jednak w ilości i dostępności win zero procent – chodzi raczej o ich jakość. A konkretnie o to, że przeważnie nie przypominają smakiem wina. „Kiedy 20 lat temu na rynku pojawiły się piwa bezalkoholowe, też były kiepskie – dziś ich jakość jest rewelacyjna. Myślę, że mniej więcej tyle samo czasu musi upłynąć, zanim doczekamy się naprawdę dobrych win zeroprocentowych” – powiedział mi kiedyś Christian Kloss, winiarz z Mozeli, który zaczął robić musujące herbaty. Dwadzieścia lat to niemało. Dlatego postanowiłam nie czekać i już teraz sprawdzić, czy jakość dostępnych na naszym rynku win 0,0% zmienia się na lepsze. Na pierwszy ogień poszły bezalkoholowe wina z Kauflandu.
Bezalkoholowe wina z Kauflandu: degustacja
Enjoy it, Sparkling, alcoholfree, Peter Mertes, Niemcy

Zdealkoholizowane (dokładnie rzecz biorąc: zawiera śladowe 0,2 proc. alkoholu) białe wino z odmiany muscat blanc. Musowanie uzyskano tu poprzez nasycenie dwutlenkiem węgla. Na etykiecie producent podkreślił dwie kwestie. Po pierwsze, wino bezalkoholowe jest mniej kaloryczne niż byłoby, gdyby zawierało alkohol (to konkretne ma zaledwie 28 kcal w 100 ml; w białych winach normalnych jest przeważnie 60-80 kcal w 100 ml), a zatem nie tylko nadaje się dla kierowców, ale i dla kierowców na diecie! Po drugie, powinno być serwowane w temperaturze 7-9 stopni. Jeśli faktycznie porządnie schłodzić tego musiaka, okazuje się całkiem świeży i smaczny – cytrusowo-jabłkowo-ananasowy, z delikatnymi bąbelkami i wyraźną kwasowością, która mnie osobiście skojarzyła się z kwasowością znaną z kombuczy zrobionej z zielonej herbaty, nie zaś z wina. Ale w sumie było całkiem dobrze.
Enjoy it, merlot alcoholfree, Peter Mertes, Niemcy

Stuprocentowy merlot, który smakuje jak połączenie niesłodzonego soku wiśniowego z sokiem z winogron i czarnych jagód, może z odrobinką grenadyny. W ustach czuć też trochę porozgniatanych wiśniowych pestek; delikatna cierpkość przywodzi na myśl winne taniny. Przyznam, że całkiem dobrze mi to smakowało, jednak niestety kompletnie nie przypominało wina. Co nie znaczy, że nie można podać tego zero-merlota do posiłku. Porządnie schłodzony będzie dobrze pasował np. do sałatki z kurczakiem i ziarenkami granatu albo do deski wędlin. Pieczonej wołowiny, która tak lubi się z alkoholowym merlotem, niestety nie udźwignie, więc lepiej nawet nie próbować.
Sauvignon blanc free Cin&Cin, Niemcy

Marka Cin&Cin należy do polskiej grupy Ambra S.A., ale bezalkoholowe wersje win powstają przede wszystkim w Niemczech. W tym przypadku mamy do czynienia ze zdealkoholizowanym sauvignon blanc. „Bazą Cin&Cin Free jest wysokiej jakości blend win z południa Europy” czytamy na stronie Ambra S.A. W nosie wciąż można wyczuć charakterystyczne dla szczepu nuty cytrusów, agrestu i zielonych jabłek. Dodatek zagęszczonego moszczu winogronowego sprawia, że w ustach wino jest całkiem bogate, pełne, delikatnie słodkie, z wyraźną cytrusową kwasowością. Ale i w tym przypadku trudno pomylić je z winem alkoholowym. Bliżej mu do niesłodzonego soku z jabłek i winogron doprawionego odrobiną cytryny. Mimo wszystko jest całkiem smaczne i orzeźwiające, można się zatem pokusić o podanie go nie tylko na aperitif. Sprawdzi się też np. do owoców morza czy sałatki z kozim serem.
